Tomasz Wojdyła: Teraz to ja krzyczę

Tomasz Wojdyła: Teraz to ja krzyczę

Niezniszczalny weteran, który przez 22 lata zagrał dla 18 zespołów, wprawdzie zakończył już grę, ale pozostał przy koszykówce. Tomasz Wojdyła, jeden z trenerów żeńskiego zespołu GTK Gdynia, podsumowuje barwną karierę i mówi o tym, jak odnajduje się w roli szkoleniowca.
Tomasz Wojdyła / fot. GTK Gdynia

Dołącz do Premium – czytaj całe teksty i graj w Fantasy Lidze! >>

Pamela Wrona: Czy na sportowej emeryturze czas mija panu inaczej niż wtedy, gdy był pan koszykarzem?
Tomasz Wojdyła: Jestem trenerem, mam niemal ten sam rozkład dnia co wtedy, kiedy byłem koszykarzem. Z tym, że stoję teraz po innej stronie parkietu i to ja krzyczę, a nie na mnie krzyczą.

W wieku 41 lat zrozumiał pan, że to już jest ten moment?
Rzeczywiście, grałem bardzo długo. Decyzja o zakończeniu kariery była świadoma. Czułem już przesyt. Chciałem po prostu odpocząć.

Wraz z przesytem, czuł pan satysfakcję?

Po jednym sezonie w Kutnie, w którym były problemy wynikające z urazu, pomyślałem, że już mi się nie chce użerać z tym wszystkim, że jestem już na to za stary. Doszedłem do wniosku, że jestem spełniony, grałem kilkanaście lat i to mi wystarcza.

Gdyby nie to, mógłby pan dalej grać?
Miałem oferty, nawet pół roku po skończeniu grania, ale to już było bez sensu. Wielokrotnie namawiano mnie, by pograć chociaż w amatorskiej lidze, ale mnie już do grania nie ciągnie. Przyszło mi to łatwo. Zdecydowałem, że jak koniec to koniec.

W życiu musi pan mieć wszystko zaplanowane?
Odkąd pamiętam, po skończonej karierze chciałem zostać trenerem, stąd moja specjalizacja trenera koszykówki na studiach. Jednakże w życiu nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, więc staram się być elastyczny.

Karierę można zaplanować?
Gdy zaczynałem grać w koszykówkę sądziłem, że to będzie zabawa. Byłem w piątej lub szóstej klasie podstawówki, kiedy trafiłem do Śląska Wrocław. Trener wziął mnie to zespołu i to trwało ponad 22 lata. Nigdy nie myślałem, że będę tak długo grał. Moi koledzy wykruszali się, przestawali grać w koszykówkę. Odnosiłem drobne sukcesy, zawsze ktoś mnie chciał. Nie byłem bardzo utalentowanym graczem, natomiast nadrabiałem ciężką pracą i sprytem.

Nie wszyscy przygotowani są na ten koniec.
To pewnie zależy od tego jaki jest powód końca kariery. Prawdopodobnie kontuzje to najgorszy możliwy scenariusz. Aczkolwiek tak jak wspomniałem wcześniej, trzeba być elastycznym i brać pod uwagę wszelkie opcje jakie daje życie. Nie zawsze jest to tym, czego byśmy chcieli. Ale trzeba brać co daje los i przeć do przodu.

Zdecydowanie łatwiej, gdy na życie po koszykówce ma się plan B?
Tak. Ale najlepiej mieć też plan C, a może i D. Ja wiedziałem co bym chciał robić, a nie co będę robić. Pozytywne myślenie zdecydowanie tu pomaga. Prawdą jest, że w Polsce jednak trudno też bez kontaktów.

Jaki był pierwszy dzień, gdy obudził się pan z myślą, że od teraz będzie inaczej?
Dokładnie nie pamiętam. Wyczerpała mi się chęć grania w koszykówkę. Nie miałem myśli, że może jednak spróbuję i zmienię zdanie. Absolutnie. Osiągnąłem swój limit jako gracz i nie zastanawiałem się nad tym co teraz będzie, nie miałem żadnych wątpliwości. Po prostu, ta decyzja była bardzo dobrze przemyślana.

Jeszcze chwilę wcześniej grał pan po 30 minut.
Jak sportowiec lepiej dba o siebie przed sezonem, to procentuje lepszą wydolnością i wytrzymałością podczas zawodów sportowych. Młodym chłopakom polecam, aby dbali o siebie, bo to naprawdę pomaga. Dbanie o siebie w trakcie sezonu to jest za mało. Trzeba trenować cały rok, aby ciało i organizm był przygotowany na wysiłki treningowo-meczowe.

Polska liga jest coraz słabsza, to widać i to się z pewnością także przyczyniło do tego, że tak długo grałem. W ostatnim sezonie, mimo że spadliśmy z Siarką Tarnobrzeg, to był udany czas. Rzeczywiście, grałem ponad 30 minut i dawałem radę. Reprezentacja Polski zrobiła świetny wynik na MŚ, ale to się nie przekłada na poziom naszej ligi.

To przepis na koszykarską długowieczność?
W wieku 30 kilku lat, gdy przyjechałem do Gdyni, spotkałem się z amerykańskim szkoleniowcem, który pokazał mi zupełnie inny sposób dbania o siebie. Wiadomo, że z wiekiem człowiek ma większą świadomość, zaczyna bardziej dbać o swoje ciało. Myślę, że to jest właśnie tego zasługa, ale to przyszło z wiekiem. Zmieniłem dietę, sposób życia. To pozwoliło mi przedłużyć moją zabawę z koszykówką do 41 roku życia.

W koszykówkę zacząłem grać dość dawno, w 1996 roku. Było wówczas dużo mniej informacji na temat co robić i jak to robić. Większość rzeczy robiłem „na czuja”, wszystko opierało się na bieganiu – dużo biegania, mało siłowni, wszystko było jednostronne.

Nie miałem odpowiedniej wiedzy w tym zakresie. Z czasem, była większa dostępność do trendów, szczególnie z Ameryki, do przygotowania motorycznego. Zacząłem więcej czytać, a trener otworzył nam oczy na wiele spraw. To bardzo pomogło.

Zastałam pana na siłowni. To już weszło w nawyk?
Staram się dbać o siebie, tym bardziej, że jestem drugim trenerem oraz trenerem od przygotowania motorycznego w GTK Gdynia i trzymam formę, aby móc pokazywać dziewczynom pewne rzeczy. Nie chcę za bardzo się zapuścić, bo co to byłby za autorytet, gdyby trener miał nadwagę? (śmiech). 

Przynajmniej jest motywacja, bo chcę, aby zawodniczki widziały, że to co się robi przynosi miarodajny efekt.

Przez 22 lata zagrał pan dla 18 zespołów. Pamięta pan wszystkie?
Oczywiście, wymienię nawet po kolei. Najbardziej pamiętam sezony, kiedy były sukcesy – ten w Inowrocławiu, gdzie spotkaliśmy się z trenerem Jackiem Winnickim. Zbudował wtedy bardzo fajny zespół, mimo że nie był najsilniejszy w lidze. Udało nam się awansować do PLK. 

Wszystkie sezony, może poza Polpharmą Starogard Gdański, w której miałem kontuzję, były dla mnie dobre. 3 lata w Gdyni były wyjątkowe, bo tworzyliśmy ciekawy skład, był awans. 

Miałem dwa sezony z kontuzjami. Jeden w Starogardzie Gdańskim, kiedy doznałem kontuzji, o powodach której wolę nie mówić. A drugą w Kutnie o czym już wspomniałem, kiedy to doznałem dziwnego urazu – miałem ucisk na kręgosłup promieniujący od uda. To sprawiło, że nie trenowałem około 2 miesiące. Nie zawsze przyczyna bólu jest w miejscu bólu, trzeba niekiedy szukać gdzie indziej. I często wszelkie urazy biorą się od jakiegoś problemu w kręgosłupie, ucisku na nerw. Wtedy to odczułem.

Najważniejsze cechy Tomasza Wojdyły to?
Waleczność? Starałem się walczyć z każdym. Pamiętam początki w Śląsku, jako junior, który dochodził do zespołu. W zbyt wielu meczach nie zagrałem, w sparingach czy turniejach po prostu dawałem z siebie wszystko. Nie sprzedawałem tanio skóry. To były czasy, kiedy do polskiej ligi przyjeżdżało więcej Amerykanów. Starałem się robić wszystko, by ten, który był bardziej doświadczony i zarabiał więcej niż ja, pomyślał sobie pod prysznicem, że ten młody jednak trochę mu napsuł krwi i to nie był spacerek. 

W zasadzie przez całe granie w koszykówkę dawałem z siebie wszystko, choć nie zawsze się udawało. Nie gadałem za dużo, wykonywałem polecenia. Może dzięki temu też tak długo grałem. Byłem raczej całe życie spokojny.

I sądzę, że stąd wziął się mój pseudonim „żółw”. Emanowałem spokojem i do tej pory mi to zostało. Na boisku nie poddawałem się emocjom, mimo twardej gry. To miałem wyważone, starałem się być taki jak w codziennym życiu.

Pana znakiem rozpoznawczym jest brak włosów, ale podobno miał pan kiedyś dredy.
Tak, potwierdzam (śmiech). To było chyba na ostatnim roku studiów. Miałem epizod, że zapuściłem włosy i skręcono mi dredy. Nosiłem je przez rok. Ściąłem je, bo było to uciążliwe. Przede wszystkim nie można myć za często włosów, a wtedy nie było takich specyfików jak teraz, co ułatwiłoby higienę. Ciężko to sobie wyobrazić, bo zdecydowana większość ludzi kojarzy mnie już bez włosów.

Jeśli potrzebne anegdotki, to proszę się zgłosić do Grzegorza Mordzaka. On na pewno coś wykopie. Kiedyś jeździłem małą Skodą – koledzy ze Startu Gdynia (w tym Grzegorz) śmiali się ze mnie, że mój samochód zasłania tiry.

Tomasz Wojdyła / fot. arch. prywatne

.

Przenieśmy się do teraźniejszości. GTK Gdynia – jak pan czuje się w nowej roli?
Udało mi się zaczepić w Gdyni, gdzie mieszkam. Jestem bardzo zadowolony, nasz klub jest w tej chwili jednym z lepszych, jak nie najlepszy w koszykówce żeńskiej. W zeszłym roku udało nam się osiągnąć sukcesy w koszykówce młodzieżowej – MP U-22, młodzieżowy puchar Polski, natomiast w I lidze brązowy medal. Była szansa powalczyć o coś więcej, ale pojawił się koronawirus i przerwał sezon.

Można powiedzieć, że przeniesienie się z męskiej szatni do damskiej – mimo że w innym charakterze – to odczuwalny przeskok?
Z dziewczynami zdecydowanie trudniej jest się dogadać. Udaje się, trenerka jest kobietą i wie lepiej jak z nimi rozmawiać, dziewczyny reagują. Ja się tego uczę. To są nastolatki, tej świadomości mają niewiele. 

Staramy się zaszczepić w nich większą świadomość, dużo rozmawiamy i pokazujemy. Początek jest ciężki, a z każdym dniem to na pewno będzie się poprawiać.

Jak wygląda praca z młodymi zawodniczkami?
Staram się pomagać dziewczynom, korzystam z własnego doświadczenia, z gry pod koszem. Pracuję też jako trener przygotowania motorycznego i wykorzystuje to, czego sam się uczyłem u schyłku swojej kariery. Współpracuję z trenerką Jeleną Skreovic, która ma duże doświadczenie i grała w Eurolidze. To skutkuje. 

Zespół jest bardzo młody, bo najstarsza zawodniczka ma 22 lata. Wszyscy skazywali nas na porażkę, przed sezonem traciliśmy wiele punktów. Natomiast już drugi mecz jesteśmy w zasięgu dwudziestu punktów i widać postęp w ich grze.

Kiedyś nie było siłowej koszykówki, na to nie zwracało się uwagi. Staram się pracując na siłowni z dziewczynami, aby trochę tej siły nabrały. To się przyda na późniejszym etapie kariery, tym bardziej, że jest jeszcze kolosalna różnica między tymi młodymi, a starszymi i bardziej doświadczonymi. Przed nami dużo pracy.

Dostrzega pan jakieś przeszkody?
Teraz inne podejście do sportu niż było w naszych czasach. Być może to się wiąże z tym, że dzieci wszystko mają. Kiedyś grało się w chińskich trampkach, nie było telefonów i komputerów. Koszykówka była świetną częścią naszego życia, czymś, w czym można było coś osiągnąć. 

Teraz często trudno przekonać kogoś do ciężkiej pracy. A uprawianie sportu zawodowego jest dobrym rozwiązaniem, bo można się realizować i robić to co się kocha, nie traktując tego jak pracę, tylko jak pasję. Jest dużo zajęć dodatkowych i to problem, z którym trenerzy grup młodzieżowych muszą się mierzyć. Jest też dużo mniej chętnych do uprawiania sportu. Bo po co? Skoro wszystko jest w domu, wiele rzeczy przychodzi bez wysiłku, można włączyć konsolę.

Pan czuje się autorytetem?
Mam nadzieję, że tak jest i jestem dla nich autorytetem, jednak nie zastanawiałem się nad tym. Myślę, że doceniają naszą pracę, bo chętnie wykonują to co im mówimy.

Teraz jest pan spełniony, stojąc przy linii?
Tak! Jeszcze wiele przede mną, ale na razie jest dobrze.

Rozmawiała Pamela Wrona, @Pamela_Wrona

POLECANE

Od wielu lat listopad obchodzi się pod hasłem świadomości i profilaktyki występujących u mężczyzn chorób nowotworowych, przede wszystkim raka jąder i raka prostaty. To dobra okazja, by przypomnieć rozmowę z Robertem Skibniewskim i zapisać się na badania.

tagi

14 zwycięstw i 14 przegranych to dotychczasowy bilans beniaminka Orlen Basket Ligi, który mając do rozegrania jeszcze dwa mecze, zajmuje ósme miejsce w tabeli. Dziki Warszawa swój debiutancki sezon w ekstraklasie sportowo już mogą zaliczyć do udanych. Ale nie tylko w tym aspekcie. – Nasz sufit jest tam, gdzie go sami powiesimy – przekonuje Michał Szolc, prezes i założyciel klubu.
12 / 04 / 2024 18:58
Obecnie media społecznościowe są nieodzownym elementem marketingu sportowego. Własną perspektywą pracy media managera w koszykarskich klubach podzielili się Katarzyna Pijarowska (Enea Astoria Abramczyk Bydgoszcz), Bartek Müller (Krajowa Grupa Spożywcza Arka Gdynia) oraz Karol Żebrowski (Trefl Sopot).
25 / 03 / 2024 22:15
– Gdy coś nie wychodzi raz, drugi, trzeci, to nie spuszczam głowy, nie poddaję się, realizuję swoje cele, aby niektórym trochę miny zrzedły, gdy okaże się, że gość z wężem na głowie jednak daje radę – przyznaje Mateusz Szczypiński, koszykarz Domelo Sokoła Łańcut. O koszykarskiej dojrzałości, wizerunku oraz hejcie rozmawia z nim Pamela Wrona.
8 / 11 / 2023 16:24
– Mam argumenty, by zapijać emocje alkoholem. Kontuzje i urazy, zmiany klubów i miast, nowe otoczenie i nowi ludzie – to wszystko przecież buduje niestabilność. Po przegranym meczu moi koledzy z szatni analizują swoje błędy. Ja sięgam po alkohol. Uśmierzam emocje. Chyba nie chcę się z nimi spotkać. Nie wczytuję się w siebie, bo wolę tego uniknąć – wspomina były koszykarz Wiktor Grudziński. 15 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Trzeźwości. To nie tylko promowanie abstynencji. Jest to dzień, który służyć ma refleksji i ma na celu zwiększenie świadomości społecznej na temat powszechności uzależniania od tej substancji oraz zagrożeń zdrowotnych wynikających z jej nadużywania.
„Stałam w oknie, pomachałam mu, aż straciłam go z pola widzenia. Po chwili jednak zadzwoniłam, aby kupił bułki. Zawsze to robił. Tego dnia zapomniał. Gdy się rozłączyłam, napisał: „Przepraszam, kocham cię”. Wtedy nie wiedziałam, że już nigdy więcej się nie zobaczymy i tego dnia zostanę wdową.” – wspomina Angelina, żona zmarłego koszykarza Dawida Bręka. 23 lutego obchodzimy Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Jest to dzień, w którym przede wszystkim powinniśmy zwrócić uwagę na to, jak ważne jest dbanie o swoje zdrowie psychiczne i korzystanie ze specjalistycznej pomocy.
Jeden z najlepszych niskopunktowych graczy na świecie wraz z drużyną Hornets Le Cannet Côte d’Azur zdobywa prestiżowy Puchar Francji. To Polak, który także reprezentuje nasz kraj w koszykówce na wózkach.
30 / 01 / 2024 17:38