Mindaugas Budzinauskas: Patrzę tylko w przyszłość

Mindaugas Budzinauskas: Patrzę tylko w przyszłość

Share on facebook
Share on twitter
O walce z bardzo ciężką chorobą, rozpoczętym wcześnie sezonie PLK i specyficznej, współczesnej koszykówce. Rozmowa z Mindaugasem Budzinauskasem, byłym trenerem Kinga Szczecin.
Mindaugas Budzinauskas / fot. K. Cichomski, King Szczecin

 

Dołącz do Premium – czytaj wszystkie teksty i graj w Fantasy Ligę! >>

Trenerze, na początek najważniejsze pytanie, jak zdrowie?
– W poniedziałek miałem zabieg amputacji prawej nogi. Teraz mam tylko jedną. Pozostaje dalsze leczenie choroby. Lekarze robią wszystko, żeby opanować sytuację przerzutów na płuca. Nie poddaje się, mimo że szalejący koronawirus nie pomaga. Jestem w grupie największego ryzyka.

W głosie słyszę, że mimo tak drastycznych kroków, samopoczucie nie jest najgorsze. Od zawsze byłeś wielkim walczakiem, co pewnie jest dużym atutem w tej sytuacji?
– Nie mam z tym większego problemu. Wiem, że lekarze robią wszystko, żeby pokonać raka. To była konieczność i pogodziłem się z tym. Nie załamuje się, nie poddaję. Staram się myśleć pozytywnie. Najważniejsze jest życie. Wiadomo, że lepiej jest mieć dwie nogi niż jedną, ale jakkolwiek by to nie zabrzmiało, cieszę się, że w końcu to zrobiono i pozbyłem się guza, który był największym problemem w moim leczeniu. Teraz patrzę w przyszłość, nie zastanawiając się nad tym co się stało. 

Wszyscy ściskamy mocno kciuki za Ciebie. Mam nadzieję, że chociaż trochę czujesz wsparcie, płynące do Ciebie z Polski?
– Oczywiście! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo. Co chwilę dostaję wiadomości od kibiców ze Szczecina, ale także z całej Polski. To bardzo miłe. Piszą też wszyscy trenerzy, z którymi pracowałem i rywalizowałem w PLK. Mam wsparcie z całego świata, ale to płynące z Polski jest chyba największe. Czasami sobie nawet myślę, kurczę, chyba jednak nie na darmo żyję na tym świecie, są ludzie, którzy mnie jednak lubią (śmiech). 

Bardzo dziękuję za zrzutkę, która była zorganizowana w kraju na moje leczenie. To bardzo budujące, ale najważniejsze jest dla mnie to wsparcie mentalne. W tej całej trudnej sytuacji, na pewno nie czuję się osamotniony. To już trzeci rok, kiedy walczę z chorobą, a tych wiadomości wciąż przybywa. To wielka rzecz, za którą dziękuję!

Koszykówka jest dla Ciebie wciąż odskocznią i lekiem na całe zło?
– Jasne, że tak. Mam teraz dużo wolnego czasu, leżąc w łóżku. Oglądam chyba wszystkie możliwe mecze w ligach, które mnie interesują i które są dostępne w internecie. Właśnie dzisiaj wystartowała liga litewska, widziałem chyba wszystkie dotychczasowe mecze polskiej ligi, cały czas śledzę play off w NBA. To wszystko sprawia, że łatwiej czekać mi na kolejny dzień. Poza tym, ja cały czas wierzę, że wrócę do Polski, do pracy trenera. Jeszcze nie wiem kiedy, ale to daje mi mnóstwo pozytywnej energii. 

Czekamy na Ciebie z utęsknieniem!
– Dziękuję raz jeszcze.

Energa Basket Liga wystartowała jako pierwsza w Europie, to według Ciebie była dobra decyzja?
– Nie wiem na sto procent czym była podyktowana taka decyzja, rozmawiałem tylko z prezesami klubów, z prezesem Kinga, którzy mówili o kwestiach finansowych i marketingowych, ale nie wiem szczerze mówiąc, czy kluby odczuwają jakieś plusy płynące z tej sytuacji. 

Patrząc tylko pod kątem sportowym, to mogę powiedzieć, że nie był to dobry ruch. Na pewno nie wpłynęło to dobrze na koszykarski poziom ligi. Wiele zespołów pewnie miało problem z budowaniem składu. Wszyscy wiemy jak wyglądało kompletowanie drużyny w Toruniu na przykład, czy też w innych zespołach. 

Trudno jest znaleźć w takiej sytuacji dobrych obcokrajowców. W czasie pandemii, w środku lata, wielu zawodników czeka na najlepsze dla siebie oferty z Turcji, Włoch, Hiszpanii czy z Rosji. W tej sytuacji polskie kluby muszą przepłacać zawodników, żeby ci wybrali ich ofertę. Widzieliśmy też jak wyglądały pierwsze spotkania i na jakim poziomie sportowym były. Liga się jednak rozpędza, więc myślę, że z każdym kolejnym tygodniem będzie lepiej. Jest jednak więcej minusów niż plusów.

Patrząc na zespół, do którego jest Ci najbliżej, to w Szczecinie chyba nie mają na co narzekać?
– Na razie nie, to prawda. Ten zespół jest jednak zgrany, większość chłopaków gra ze sobą już trzeci, nawet czwarty sezon. To bardzo dobrze świadczy o klubie ze Szczecina, który co roku stara się zatrzymać trzon i kręgosłup drużyny. Dla mnie to było bardzo ważne, kiedy tam pracowałem. Teraz kontynuuje to Łukasz Biela. 

Wielka szkoda Pawła Kikowskiego i Kuby Parzeńskiego czyli koszykarzy, którzy mieli odgrywać w tym zespole bardzo ważne rolę. Do tego dochodzi stabilność klubu, w którym od wielu lat są ci sami ludzie, pracownicy, trenerzy i wszyscy dookoła. To wszystko wpływa na taki start Kinga w tym sezonie.

Z drugiej strony, nasza drużyna ma dobry terminarz na początku, ponieważ grała z drużynami, które nie wygrały jeszcze spotkań. Za chwilę nikt nie będzie o tym pamiętał, a ważna jest dobra chemia i atmosfera w zespole, która się buduje po tych wygranych na początku rozgrywek. Wszystko idzie w dobrym kierunku w naszym klubie.

Dołącz do Premium – czytaj wszystkie teksty i graj w Fantasy Ligę! >>

Czy Mindaugas Budzinauskas miał wpływ na budowę składu Kinga w tym sezonie?
– Jestem w stałym kontakcie z prezesem Królem i trenerem Łukaszem Bielą. Dzwonimy do siebie trzy, czasami cztery razy w tygodniu. Wiadomo jednak, że teraz moja rola jest całkowicie inna. Wcześniej to ja decydowałem o kształcie tej drużyny. Teraz to wszystko spadło na Łukasza, który ma ostateczne zdanie. 

Łukasz jednak wie, że zawsze może na mnie liczyć, więc pomagamy sobie w miarę możliwości. Często dyskutujemy na temat przydatności poszczególnych graczy, czasami się zgadzamy, czasami nie, ale cały czas dobrze nam się współpracuje. 

To może być przełomowy sezon Kinga, który od kilku sezonów chce na stałe zadomowić się w ligowej czołówce?
– My w każdym sezonie realizujemy swój plan. To nie jest tak, że King co roku myśli o półfinale, czy miejscu w szóstce. Mamy budżet na poziomie 8-12 miejsca, a mimo to z roku na rok, poprawiamy swoją pozycję w tabeli, grając od dłuższego czasu w play off. 

Jak wszędzie apetyty są bardzo duże, ale musimy zrozumieć, że dla nas najważniejsza jest stabilizacja. Daleko nam do budżetów Anwilu, Torunia czy Zielonej Góry. Dlatego szacunek dla prezesa Króla, który ma świadomość tej sytuacji i spokojnie, cierpliwie buduje zespół. W Szczecinie nie ma nerwowych ruchów i nie narzuca presji na drużynę. Jedyną presję budujemy my, wewnątrz zespołu, bo przecież każdy chce wygrywać. King to klub stabilny, dający spokój w pracy trenera i zawodników, czego niestety brakuje w niektórych polskich ośrodkach.

Który zespół robi na Tobie do tej pory największe wrażenie? Stelmet Zielona Góra wygląda najlepiej na początku sezonu, mimo że znów słyszymy o mniejszym budżecie niż przed rokiem…
– Stelmet ma mniejsze pieniądze do dyspozycji, ale to wciąż 3-4 razy więcej niż na przykład w Szczecinie. Więc jeśli to dla nich jest ekonomiczny budżet, to dla nas byłby to budżet kosmiczny. Nie da się jednak ukryć, że zespół z Zielonej Góry na początku sezonu wygląda najlepiej w lidze.

Prezentują bardzo dobrą jakościowo koszykówkę i bez dwóch zdań to na chwilę obecną najlepszy zespół w Polsce. Organizacja gry i praca trenera Tabaka robi wrażenie. Mają bardzo zbilansowany skład, a mimo to słyszałem, że są blisko ściągnięcia jeszcze jednego podkoszowego koszykarza. To wszystko sprawia, że na ten moment są daleko z przodu.

A kto jest zaraz za plecami Stelmetu?
– Nieźle wyglądają Trefl Sopot i Start Lublin. To jednak nie jest zaskoczenie, patrząc przez pryzmat tego jakich koszykarzy zakontraktowali. Boje się jednak sytuacji, że w tym sezonie zrobi się za duża dysproporcja pomiędzy czołówką i grupą pościgową.

Który zespół rozczarowuje najbardziej na starcie ligi?
– Na pewno MKS Dąbrowa Górnicza. Nie grają zespołowej koszykówki, która zawsze była ich mocną stroną. Dużo jest indywidualnego grania. Jest tam sporo fajnych, ciekawych graczy, którzy jak na razie nie pokazują swojego potencjału. Podobnie jest w Bydgoszczy. 

Stal Ostrów także wygląda bardzo blado, patrząc na to jakich koszykarzy tam ściągnięto. Większość z nich dołączyła jednak do zespołu kompletnie nie przygotowana. 

Nie byłeś zaskoczony tym, jaką drogę budowania zespołu obrał trener Łukasz Majewski i dysproporcja pomiędzy Polakami a zawodnikami zagranicznymi?
– Nie, ja nie patrzę w ten sposób na budowanie zespołu. Wiadomo, że Amerykanie zawsze trzymają się razem, Litwini i Serbowie także, ale to nie powinno mieć większego znaczenia. Tutaj jest jednak nieoceniona rola trenera, żeby on zadbał o to, żeby wszyscy w szatni i na parkiecie tworzyli jeden zespół. To jest najtrudniejsze w roli szkoleniowca. 

Jest wiele przykładów w Europie, gdzie tych koszykarzy zagranicznych jest całe mnóstwo i zespół funkcjonuje bardzo dobrze, więc to nie jest problem. Jeden problem, który zauważam w Ostrowie to brak przygotowania fizycznego wśród koszykarzy, którzy sprawiają wrażenie, jakby w czasie pandemii koronawirusa nic nie robili ze sobą w Stanach Zjednoczonych. Myślę, że tutaj potrzebna jest cierpliwość.

Osobiście uważam, że Victor Rudd to bardzo dobry koszykarz i trochę za wcześnie się z nim pożegnano. Nie wiem, gdzie leżał prawdziwy powód takiej sytuacji, bo nie jestem w środku zespołu, ale nigdy nie byłem i nie będę zwolennikiem zwalniania zawodników po trzech meczach, bo to pokazuje twoje błędy. W ten sposób trener przyznaje się do pomyłki, którą popełnił w trakcie budowania zespołu. 

Przyglądasz się Śląskowi Wrocław, który w tym sezonie stawia na młodych koszykarzy?
– Jasne. Bardzo dobry temat poruszyłeś odnośnie młodych graczy. Utarło się w Polsce coś takiego, że trzeba dawać grać osiemnastolatkom, czy nawet młodszym koszykarzom. Moim zdaniem, nic nie trzeba, bo w pierwszej kolejności ten zawodnik musi udowodnić, że zasługuje na minuty. Nie można dawać nic awansem, tylko dlatego, że ktoś jest młody i perspektywiczny, to bzdura. Najmłodszy zawodnik w zespole powinien pracować najciężej i dopiero po efektach tej pracy, może on wchodzić na parkiet. 

W Polsce coraz mniej widzimy młodych, ambitnych koszykarzy, bo ich po prostu nie ma. I nie zgadzam się z opinią, że ten czy tamten powinien grać, bo jest młody i musi zbierać doświadczenie. On najpierw musi udowodnić, że nadaje się do gry w ekstraklasie. 

Dominik Wilczek w Kingu tak właśnie funkcjonuje. Dostaje minuty w meczach ligowych, ponieważ ciężko pracuje i robi ciągłe postępy. Nie kręci nosem, tylko udowadnia, że zasłużył na to, żeby być częścią zespołu. Nigdy nie chodził i nie mówił, że za chwilę będzie grał w NBA czy w Eurolidze, tylko po cichu ciężko pracował, przychodząc pierwszy na trening, kończąc jako ostatni. 

Bawią mnie opinie na temat młodych koszykarzy, którym wyszedł jeden mecz i już zasłużyli na grę w kadrze. Na przykład – Łukasz Kolenda. To fajny, perspektywiczny koszykarz, o którym dyskutuje się w Polsce chyba od trzech albo czterech lat, że to zawodnik z papierami na NBA, z którego reprezentacja będzie miała wiele pociechy. On jednak dopiero teraz wchodzi na poziom PLK, a każde wcześniejsze dyskusje mogły zrobić mu tylko krzywdę. Takie głosy sprawiają, że zawodnik przychodzi na trening i czeka na szansę. Tu nie ma co czekać, tu trzeba pracować. I to jest największy problem koszykówki w Polsce. Młodzi czekają, zamiast pracować. 

W Serbii, w USA, na Litwie nie ma czasu na odpoczynek, jeśli myślisz o karierze koszykarza. W waszym kraju wciąż tej pracy jest za mało. Czy w momencie zatrudnienia młodego pracownika do korporacji, ten od razu zostaje dyrektorem, tylko dlatego, że jest utalentowany? Nie. On najpierw musi udowodnić to, że jest lepszy od innych. 

Ale wracając do tematu Śląska Wrocław. Tam jest kilku fajnych, młodych graczy, ale to wciąż jest materiał do pracy. Podoba mi się Kacper Gordon, widać że ma łatwość podejmowania decyzji, dobrze rzuca, kreuje, ale takich koszykarzy jest tysiące w Europie. Musi jeszcze ciężej pracować, żeby więcej dobrego z tego wyszło.

Koszykówka się zmieniła na przestrzeni ostatni lat, gra się szybciej, fizyczniej?
– Zmieniła się, na pewno. Nie powiedziałbym jednak, że jest bardziej fizyczna. Kiedy ja grałem w Polsce, grało więcej silniejszych koszykarzy. W waszych klubach było wielu reprezentantów różnych krajów – Jugosławii, Litwy i Chorwacji. Oglądałem ostatnio kilka meczów z sezonu, kiedy ze Stalą wywalczyliśmy brązowy medal i muszę przyznać, że wtedy liga była zdecydowanie silniejsza. 

Wiele złego dla polskiej koszykówki zrobił przepis o Polakach na parkiecie. Nie wiem, kogo dobrego ten przepis wychował? Taka rywalizacja o miejsce w składzie była zaburzona. Inna sprawa, że w czasach mojej gry, w Polsce były większe pieniądze do zarobienia. Teraz na Litwie płaci się porównywalne pieniądze, w niektórych zespołach nawet lepsze. 

W Polsce bardzo dużo mówi się o tym, że koszykówka jest teraz taka, a kiedyś była taka i taka. Mówią to „eksperci”, którzy oglądają skróty najlepszych akcji z meczów NBA i po tym wyciągają wnioski. Mało jest osób, które analizują grę w Eurolidze czy Eurocup. Tam nie ma takiej szalonej i szybkiej koszykówki. Ona oczywiście ewoluuje, ale nie zmienia się aż tak bardzo jak to mówią niektórzy.

Koszykówka jest jedna. Wiem, że teraz są trendy takie, żeby rzucać jak najwięcej za trzy i grać niskim składem. Ale czy to znaczy, że Real Madryt albo Efes Stambuł, czy Żalgiris pod wodzą Jasikieviciusa, grali starą koszykówkę, bo mniej rzucali za trzy? Nie, wszystko zależy od wizji budowania zespołu i filozofii trenera.

Zapytałem o przygotowanie fizyczne, ponieważ pamiętam, że ty zawsze przywiązywałeś do tego uwagę. Z tą różnicą, że nie korzystałeś z pomocy popularnych w ostatnim czasie trenerów personalnych i trenerów przygotowania fizycznego?
– Zgadza się. Tutaj też muszę posłużyć się przykładem. Trening sprintera nie ma nic wspólnego z treningiem maratończyka, poza tym że jeden i drugi biega. Wszystko wygląda zupełnie inaczej. Tak samo trening siatkarza, piłkarza i koszykarza wygląda inaczej. Każdy sportowiec używa innych partii mięśni. Widzę, że wielu trenerów przygotowania fizycznego nadal wrzuca wszystkich do jednego worka. 

Przygotowanie koszykarza pod kątem motorycznym różni się od innych dyscyplin. Dlatego często korzystam ze swojej wiedzy, ponieważ nie chcę tracić czasu na dyskusję w tym temacie. Na pewno, chętnie wziąłbym do swojego zespołu fachowca, który ma bardzo dużą wiedzę w temacie przygotowania koszykarza, bo to ułatwiłoby mi pracę. Takich jest jednak wciąż bardzo mało.

Amerykanie lubią się bawić w takie porównania. Czy koszykarze z epoki Michaela Jordana daliby radę obecnym koszykarzom i odwrotnie. Myślisz, że brązowa Stal z 2002 roku byłaby w stanie zwojować teraz PLK?
– Oczywiście, bylibyśmy w czołówce ligi, bijąc się o finał. Idąc dalej z porównaniami, to kiedyś czołowe zespoły w Polsce, takie jak Śląsk Wrocław, Anwil i Prokom musiały być skoncentrowane przez cały sezon. Żadna wygrana nie przychodziła łatwo. Pamiętam jak Śląsk męczył się w pierwszej rundzie play off ze Spójnią, albo my jak graliśmy w ćwierćfinale z Polonią Warszawa. Wszystkie te mecze były bardzo wyrównane. Teraz te różnice robią się coraz większe. 

A patrząc na NBA, to faktycznie ta koszykówka jest teraz inna. Wspomniałeś czasy Jordana i Chicago Bulls, kiedy obrona była na innym poziomie, sędziowie pozwalali na dużo więcej. Teraz praktycznie nie da się grać w defensywie, bo każda akcja stykowa kończy się przewinieniem. Zasady się zmieniają, wszystko idzie w kierunku wielkiego widowiska. Nie podoba mi się ten kierunek. Brakuje mi takiej męskiej, twardej gry. Myślę, że ci wielcy koszykarze z lat 90-tych, byliby wielcy i teraz, ponieważ potrafili dostosować się do panujących warunków gry. 

Wspomniałeś osobę Sarasa Jasikieviciusa. Jak na Litwie odebrano jego odejście do Barcelony?
– Saras to wciąż bardzo młody trener, ale bardzo utalentowany. Ja uważam go za jednego z najlepszych, może nawet na całym świecie. Ma charyzmę, ma wiedzę i potrafi to wykorzystać. W Barcelonie czeka go jednak bardzo trudne zadanie. Tam będzie pracował z wielkimi gwiazdami, w Żalgirisie takich zawodników nigdy nie miał. Ale sam Saras też był zawsze wielkim koszykarzem i myślę, że spokojnie znajdzie wspólny język z zawodnikami Barcelony, ale to może potrwać. 

Czyli wracamy do cierpliwości, o której wspomniałeś. W Barcelonie ją mają?
– Saras w Barcelonie to jest ikona, symbol tego klubu. On dostanie w tym klubie większy kredyt zaufania, niż ktokolwiek inny. On jest legendą klubu, cieszy się wielkim szacunkiem w całym mieście. Ale z drugiej strony to wielki zespół, gdzie każdy przegrany mecz to wielki problem, każdy przegrany tytuł czy puchar to wielkie rozczarowanie.

 Na początku kibice będą na niego patrzeć przychylniejszym okiem, ale jak będzie przegrywał to „nie ma przebacz”. Cel będzie miał jeden – wygrać wszystko! 

Czy Żalgiris poradzi sobie bez niego?
– Trudno powiedzieć. Tutaj jest wiele znaków zapytania. Nowy trener ma zupełnie inną filozofię prowadzenia drużyny od Jasikieviciusa. Ale to w koszykówce jest najlepsze, że dróg do wygrywania jest bardzo dużo, więc może ta okaże się także skuteczna. Na Litwie wszyscy czekają z niecierpliwością na to, co pokaże nowy Żalgiris. 

Zahaczyliśmy o najważniejsze ligi dla Ciebie. Więc muszę zapytać o NBA. Kto będzie mistrzem w covidowym sezonie?
– Bardzo lubię Miami Heat. Grają poukładaną koszykówkę – zespołową. Goran Dragić w play off znów jest liderem z prawdziwego zdarzenia. Uwielbiam patrzeć na grę Jimmy’ego Buttlera, który nie patrzy na swoje statystyki, oddaje wszystko dla zespołu. Do tej całej układanki idealnie pasuje Bam Adebayo. Naprawdę miło się patrzy na ten zespół, który gra z głową. Nie ma biegania w jedną i drugą stronę, rzucania z nieprzygotowanych pozycji.

 Boston i Miami grają small-ball, bo na to pozwala współczesna koszykówka, w której każdy kontakt kończy się przewinieniem, o czym już mówiłem. Liczę na to, że Miami wygra w finale z LA Lakers. Myślę, że Denver mają za krótką ławkę i wcześniejsze siedmiomeczowe serie odbiją się na nich w finale konferencji. 

Mieliśmy rozmawiać pół godziny. Znów nam się przeciągnęło.
– I znów nie poruszyliśmy wszystkich tematów. 

Jeszcze będzie okazja, czekamy na Ciebie w Polsce.
– Jasne, do zobaczenia! 

Rozmawiał Marcin Gebel

Dołącz do Premium – czytaj wszystkie teksty i graj w Fantasy Ligę! >>

POLECANE

“Wziąłem do siebie słowa starszych kolegów z zespołu, żeby poświęcić czas wolny na doskonalenie umiejętności” – mówi Kacper Borowski, którego życiowy sezon dał mu właśnie powołanie do reprezentacji Polski. Koszykarz Startu Lublin mówi m.in., że mnóstwo zawdzięcza trenerowi Andrejowi Urlepowi.
Ministerstwo Barwnych Meczów (MBM) to nowy cykl przybliżający mniej typowe koszykarskie hity i ich bohaterów. Od kogo innego moglibyśmy zaczynać taką rubrykę, jak nie od klubu posiadającego najbardziej romantyczną nazwę w polskim baskecie? Poznajcie Miasto Zakochanych Chełmno!

tagi

Ministerstwo Barwnych Meczów (MBM) to nowy cykl przybliżający mniej typowe koszykarskie hity i ich bohaterów. Od kogo innego moglibyśmy zaczynać taką rubrykę, jak nie od klubu posiadającego najbardziej romantyczną nazwę w polskim baskecie? Poznajcie Miasto Zakochanych Chełmno!
27 / 10 / 2020 18:54
Niezniszczalny weteran, który przez 22 lata zagrał dla 18 zespołów, wprawdzie zakończył już grę, ale pozostał przy koszykówce. Tomasz Wojdyła, jeden z trenerów żeńskiego zespołu GTK Gdynia, podsumowuje barwną karierę i mówi o tym, jak odnajduje się w roli szkoleniowca.
25 / 10 / 2020 9:58
Pochodzi ze Słupska, jest pierwszoligowym koszykarzem oraz fanem fotografii i filmowania – współautorem kultowego w środowisku serialu „Koszykarze”. Patryk Przyborowski, zawodnik STK Czarnych, opowiada o swojej karierze i życiowych zamiłowaniach.
20 / 10 / 2020 19:00
Anwil Włocławek pozwalał rywalom na rekordową liczbę rzutów za 3 punkty, ale była to przemyślana taktyka. Dużo częściej rzucali słabsi strzelcy w drużynie przeciwnika, a specjaliści od trójek mieli gorsze pozycje i notowali spadek skuteczności.
Najlepsza koszykarsko drużyna NBA robi też doskonałą robotę marketingową i biznesową, świetnie wykorzystując lokalne klimaty. Bucks potrafią prowincjonalne położenie Milwaukee przekuwać w atut i przeżywają właśnie chwile wielkiej chwały. Brakuje już tylko mistrzostwa!