Maciej Lampe: Nie mam nic do stracenia

Maciej Lampe: Nie mam nic do stracenia

Share on facebook
Share on twitter
Jak Maciej Lampe ocenia polską ligę i swoje pierwsze tygodnie w barwach Kinga Szczecin? O co chodzi w sporach z prezesem Piesiewiczem i trenerem Taylorem, jak oceniać zakończenie sprawy Adama Waczyńskiego? Sławny koszykarz nie unika mocnych stwierdzeń, ale też podkreśla, że jest otwarty, jeśli chodzi o dalszą grę w reprezentacji Polski.
Maciej Lampe / fot. A. Romański, plk.pl

 

Dołącz do Premium – czytaj całe teksty! >>

Wojciech Malinowski: W związku z twoim przyjściem do Kinga, a także po innych transferach, szczeciński klub jest uważany za jednego z faworytów do medali. Ostatnio jednak przegraliście ze Startem i Treflem. Co jeszcze nie działa w zespole tak, jak powinno?

Maciej Lampe: Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że szczególnie w końcówkach graliśmy bezsensowną, szaloną koszykówkę. Cały czas musimy pracować nad swoją tożsamością, to jest kluczowe. W tym momencie nie mamy swojego rytmu, czasami też nie wiemy, do kogo i na kogo powinniśmy grać.

Nawet w pierwszej połowie w niedzielę nie graliśmy dobrze. Moim zdaniem z Lublinem powinniśmy wygrać dwudziestoma, a z Treflem trzydziestoma punktami – jak już odskakujemy rywalowi, to nie mamy jednak charakteru i umysłu, by to pociągnąć dalej.

A druga część w naszym wykonaniu ostatnio wyglądała po prostu bezsensownie. Ja muszę oczywiście wziąć za to sporo odpowiedzialności, gdyż w meczach, w których zagrałem, to nie miałem dobrej skuteczności.

Nie wiem w tym momencie, czemu tak się dzieje – na treningach wygląda to inaczej, lepiej. Na pewno będziemy się starali jak najszybciej to zmienić i grać lepszą koszykówkę. Ostatnia porażka bardzo nas boli.

W innych meczach PLK, które widziałem, to też one niestety wyglądały podobnie. W ich końcówkach działy się dziwne rzeczy, mnóstwo strat, brak kontroli. To się bardzo mocno rzuca w oczy, gdy porównamy grę do lepszych lig w Europie.

W meczu z Sopotem zdobyłeś 19 punktów w 1. połowie i tylko 2 po przerwie. Z czego to wynikało? Pamiętam, że popełniłeś w 3 kwarcie kilka fauli. Czy jest to coś, co drużyny przeciwne będą starały się na tobie wymuszać?

Po przerwie nie trafiłem dwóch łatwych rzutów i potem długo nie dostałem piłki. Cały czas nie czujemy się ze sobą pewnie na boisku, wciąż pracujemy nad komunikacją i naszą tożsamością. Mamy wielu zawodników w składzie i nie do końca każdy z nas jeszcze funkcjonuje swobodnie na parkiecie. Teraz gramy na takich wysokich, zbyt wysokich obrotach, zbyt szybko. Nie mamy kontroli, nikt nie potrafi zwolnić gry, momentami jakby panował bałagan.

Rywale na pewno też szukają i będą szukali sposobów na zatrzymanie mnie. Niech próbują. Ja muszę się pilnować, by czerpać radość z gry, w 2. połowie meczu z Sopotem może za często się frustrowałem. To jest gra, którą kocham i muszę pamiętać o pozytywnym nastawieniu. Mamy szansę zrobić w Szczecinie coś fajnego i musimy patrzeć do przodu, chociaż oczywiście jednocześnie analizujemy nasze błędy. Na razie nic strasznego się jeszcze nie stało i wszystko możemy naprawić.

Jak dużym wyzwaniem jest to, że zespół jest budowany tak późno w trakcie sezonu?

Jeżeli będziemy przegrywali, to oczywiście, że będzie się mówiło o tym, jako czymś negatywnym, czymś, co nam utrudnia odnoszenie zwycięstw. Jeżeli jednak wygramy kilka meczów, to wtedy zostanie to przedstawione jako dobry pomysł.

Musimy po prostu znaleźć naszą zespołową duszę. Nie możemy też zapominać, że „Kiko” wraca po 6 miesiącach, mamy też nowego zawodnika na „dwójce”. Mamy potencjał, ale nie może być tak, że gramy dobrze przez 25 minut, a kolejne 15 wygląda fatalnie. Nie ma dużo sekretów – musimy pracować.

Jedynym pozytywem takiej sytuacji może być to, że nasze miejsce przed play off pozwoli nam uniknąć najmocniejszych drużyn w półfinałach. Musimy jednak wygrywać mecze, a do tego doprowadzi tylko dalsza dobra praca na treningach.

Twoja obecność daje dużo możliwości taktycznych trenerowi Jesusowi Ramirezowi. Czy ty czujesz się lepiej, gdy więcej jest gry inside-outside i jesteś otoczony czterema strzelcami, czy może raczej wolisz mieć obok siebie drugiego wysokiego, który pomaga ci w walce na tablicach i z którym możesz grać akcje typu „high-low”?

To zależy od przeciwnika. Myślę, że od tego elementu najbardziej, to właśnie ustawienie rywala decydowało o tym, z kim mnie grało się najlepiej.

Jesteś w Polsce od kilku tygodni – rozegrałeś z zespołem 3 mecze, a kilka innych obejrzałeś z ławki rezerwowych z powodu kontuzji. Jak oceniasz naszą ligę? Wydaje ci się ona łatwiejsza, niż się spodziewałeś? Trudniejsza? W jakiś sposób może inna niż oczekiwałeś?

Jest na pewno specyficzną ligą. Jak oglądałem ją parę lat temu w telewizji, to nie chciałem jej oglądać i wyłączałem telewizor. Uważam, że teraz z nią jest lepiej, ale musi być jeszcze dużo lepiej moim zdaniem.

Dobre jest to, że sukces reprezentacji zwiększył zainteresowanie koszykówką, w lidze jest więcej drużyn. Więcej meczów w telewizji. Moim zdaniem cały czas jednak brakuje szkolenia.

Zauważyłem, że w Polsce jest wyjątkowo dużo trenerów, którzy zostali nimi od razu po zakończeniu kariery zawodniczej. W Hiszpanii jest przykład Aleksa Mumbru w Bilbao i może kilka innych, ale ludzie tam latami siedzą i uczą się pracy szkoleniowej, a czasami swojej szansy nigdy nie dostają.

Nie ma się co oszukiwać – Polska nie jest jakimś rajem koszykarskim, nie mieliśmy nigdy wielkich sukcesów. Przeciętny Polak nie wie dużo o tym sporcie, nawet da się to wyczuć, gdy słucham komentatorów w telewizji. Słychać, że niektórzy z nich za bardzo się na niej nie znają.

Nie chcę być jednak odbierany negatywnie – uważam, że polska koszykówka poszła do przodu, mamy fajną ligę i super, że mecze są w telewizji. Jednak cały czas niewystarczająco stawiamy na szkolenie trenerów i młodych zawodników, by dalej ona się rozwijała. Moja wcześniejsza uwaga o trenerach też nie ma być żadnym „policzkiem” w ich stronę, po prostu takie są fakty.

Teoretycznie mamy wszystko, co potrzeba, żeby nasza koszykówka odgrywała większą rolę – jesteśmy dużym krajem, który ma wielu wysokich chłopaków. Często nawet w kadetach i juniorach nasze zespoły prezentują się dobrze, potem jednak zaczyna się spadek. Nasi zawodnicy po wieku juniorskim okazują się niewystarczająco dobrzy, by grać w ekstraklasie, a poziom w niższej klasie rozgrywkowej jest wyraźnie niższy.

Pozytywem jest jednak to, że możesz wyjechać za granicę. Najlepszym przykładem był oczywiście Marcin Gortat, który wybił się w Niemczech. Ja też rozwijałem się w Hiszpanii, chociaż akurat wychowywałem się w Szwecji.

Dołącz do Premium – czytaj inne teksty w całości! >>

Przez cały sezon drużyną praktycznie nie do pokonania jest Enea Zastal Zielona Góra, który prowadzi trener Żan Tabak. Znasz się z nim dobrze – najpierw wspólnie graliście w Realu Madryt, a później w sezonie 2012/2013 był twoim trenerem w zespole Caja Laboral, czyli obecnej Baskonii. Jak to wspominasz?

Pamiętam, że walczyliśmy o awans do Final Four Euroligi, a to oznacza, że jest się w gronie ośmiu najlepszych drużyn Europy. Nie weszliśmy do Final Four, bo biliśmy się o ten awans z CSKA Moskwa i przegraliśmy 1:2 w tej serii. 

To było dla naszego zespołu duże osiągnięcie i wielki sukces dla Żana Tabaka w roli pierwszego trenera. Potem niestety z 2. miejsca odpadliśmy w ćwierćfinale ACB z Gran Canarią, co było wielkim rozczarowaniem.

Niestety po tej katastrofie w ćwierćfinale w zespole zaczęło się szukanie winnych, część winy na pewno spadła na mnie, gdyż miałem dużą rolę w drużynie. Dla Żana był to też trudny moment.

W Zastalu mają obecnie klasowych, mocnych fizycznych zawodników, którzy grają dobrą, kontrolowaną koszykówkę. To samo mogę zresztą powiedzieć o Śląsku Wrocław, który też gra w ten sposób.

W momencie podpisywania kontraktu w Szczecinie, gdy wiedziałem, że Zastal i trener Tabak są liderami, to wierzyłem, że jesteśmy w stanie ich pokonać. Cały czas w to wierzę, że jeżeli zagramy z nimi, to będziemy mogli ich zaskoczyć, może właśnie grą mniej przewidywalną, na takiej koszykarskiej fali. W tym momencie dużo nam jednak do tego brakuje, na pewno potrzebujemy grać swoją najlepszą koszykówkę, by można było o tym myśleć. 

Polska reprezentacja niedawno wywalczyła awans do mistrzostw Europy podczas „bańki” w Gliwicach. Kibice byli zaskoczeni, że znalazłeś się w szerokim składzie kadry. Jak do tego doszło? Spodziewałeś się tego?

Dowiedziałem się o tym, jak jechałem na trening i chłopaki z drużyny zaczęli mi składać gratulacje. Parę dni później dostałem z kolei wiadomość od nieznanego mi przedstawiciela PzKosz, że w dniu wolnym o 9:00 rano mam się stawić na badaniu na CoVid w szpitalu. Odpisałem mu, że bardzo dziękuję za wiadomość, ale najpierw muszą się wyjaśnić sprawy między mną, a związkiem. Nikt do mnie nie dzwonił, nie rozmawiał, wyjaśniłem mu wszystko w czasie wymiany wiadomości na WhatsApp i podziękowałem.

Potem odniosłem uraz łydki i temat przygasł, nikt się nie dowiadywał, co się ze mną dzieje. 

Czego dotyczą te niewyjaśnione sprawy pomiędzy tobą i PZKosz?

Jestem jedynym graczem, który występował w eliminacjach mistrzostw świata i który nie otrzymał za to ustalonej premii. Cały czas też podtrzymuję to, że prezes Piesiewicz i Mike (trener reprezentacji Mike Taylor – red.)potraktowali tą sytuację w zły sposób. Jedyne pretensje, które mam są za to, jak zachowali się po moim wyjeździe przed meczem z Holandią.

Dołącz do Premium – czytaj inne teksty w całości! >>

Co dokładnie się wtedy wydarzyło?

Przez całe eliminacje przylatywałem na zgrupowania z Chin, by pomóc reprezentacji wywalczyć historyczny awans na mistrzostwa, który ostatecznie zdobyliśmy po meczu w Chorwacji. Jednak wtedy trochę ulegało mi biodro i przed wylotem do Chin pojawiła się możliwość, dosłownie z dnia na dzień, żebym u lekarza w Niemczech przyjął zastrzyki ze wstrzyknięciem kwasu hialuronowego, który dla stawów działa jak olej.

Przede mną było jeszcze potem wiele meczów w Chinach i razem z agentem podjęliśmy decyzję, że wyjadę wcześniej szczególnie dlatego, że nie będę musiał uczestniczyć w meczach, bo mamy już wywalczony awans na mistrzostwa. Agent kupił mi bilety do Monachium i stamtąd, po wieczornych zastrzykach, miałem polecieć do Chin.

Rozmawiałem o tym z trenerem i Mike powiedział mi po meczu z Chorwacją, że w ostatnim spotkaniu nie będę musiał już brać udziału – rozumiał, że boli mnie biodro. Chciał za to, żebym został na celebracji awansu. Ja jednak odpowiedziałem mu, że rozumiem jego podejście i też bym tego chciał, ale dla mnie moje zdrowie jest ważniejsze niż świętowanie awansu. Uważam, że gra na mistrzostwach świata dla polskiej reprezentacji powinna być czymś regularnym, a nie raz w pięćdziesięcioletnim okresie.  

Chciałem zostać wtedy z chłopakami, ale w tamtym momencie, po wywalczeniu awansu, moje zdrowie i sezon w Chinach był dla mnie ważniejszy. Chciałem go zakończyć w jak najlepszej formie. Potem z prezesem rozmawialiśmy telefonicznie jeszcze raz. Teraz mogę tylko powtórzyć to, co powiedziałem wtedy: zdrowie zawodników reprezentacji Polski dla wszystkich powinno być na pierwszym miejscu.

Później dowiedziałem się, że Mike nic chłopakom z kadry o moich powodach wyjazdu nie powiedział, zamiast tego stwierdził tylko, że powinienem tam być z nimi. Zachowanie prezesa i trenera w tamtej sytuacji nie było profesjonalne moim zdaniem.

Czy pomimo takiego pożegnania były wtedy szanse, że zagrasz na mistrzostwach świata w Chinach?

Nie, ale z innego powodu, niż sugerowali przedstawiciele PZKosz, według których chciałem dużo pieniędzy – to zdecydowanie nieprawda. Nie było w ogóle tematu wynagrodzenia, gdyż ja nie wystąpiłem z powodów zdrowotnych – miałem złamaną kość w nadgarstku, co mogę udowodnić za pomocą dokumentacji medycznej. Nie chciałem jednak wtedy tego nagłaśniać, gdyż chciałem podpisać nowy kontrakt w Chinach. Trener Taylor jednak o wszystkim wiedział, ale też nikomu o tym nie powiedział.

Ostatnio twoja osoba przewinęła się w jednej z rozmów z prezesem Radosławem Piesiewiczem, które wyemitowane zostały na portalu Interia.

Obejrzałem ten wywiad i dziennikarz powiedział w nim, że ja coś wspominałem o spotkaniu z udziałem moim, Adama Waczyńskiego i prezesa PZKosz w Warszawie w siedzibie związku. Ja nigdy, nic takiego nie powiedziałem. Szukałem nawet na własną rękę w Internecie, ale nic nie znalazłem. Skontaktowaliśmy się z dziennikarzem Zbigniewem Czyżem w tej sprawie. Wysłał nam wywiad, na którym się opierał, ale tam nie było informacji, których użył w rozmowie z prezesem. Teraz skierowaliśmy sprawę na drogę prawną. 

Moje ostatnie spotkanie z prezesem Piesiewiczem miało miejsce na ostatnim okienku podczas eliminacji do mistrzostw Świata, gdy spotkał się  on z zawodnikami. Prezes zresztą powiedział, że nie chce o tym rozmawiać, gdyż nie chce wchodzić w szczegóły. A szkoda, gdyż mógł powiedzieć prawdę na temat moich występów w tamtejszych eliminacjach, o czym ja już wielokrotnie mówiłem.

Zresztą sama forma tego wywiadu była dziwna – dziennikarz został przecież zapytany, gdzie było spotkanie, to powiedział „nie wiem, może w PzKosz”. Cały wywiad wyglądał po prostu tragicznie — nie było w nim żadnych szczegółów o tym, co, gdzie i kiedy miałem powiedzieć. Wyglądało to na ustawioną rozmowę, by przedstawić mnie w jak najgorszym świetle. Prezes też mógł zachować się w tej sytuacji lepiej. Usłyszał od dziennikarza ewidentnie zmyśloną historię. Mógł jej zaprzeczyć, a nie robić sobie żarty. Rolą prezesa nie jest to, żeby się śmiać z takich rzeczy, powinien się zachowywać tak, jak na głowę związku przystało. 

.

Prezes Piesiewicz wydawał się całą sytuacją bardzo rozbawiony.

Nie mogę zaakceptować jego postępowania, gdy zachowuje się w taki sposób, w jaki osoba na jego stanowisku nie powinna. Śmiech czy sugerowanie, że pomyliłem go z kimś innym, albo inną ulicę – tak nie powinno być. Z mojego punktu widzenia można to odebrać tylko źle. Nie może być tak, że prezes się śmieje z tego, że ja latam przez cały świat, by pomóc kadrze, po czym chcę przyjąć zastrzyk, aby skończyć sezon w jak najlepszej dyspozycji fizycznej. Jeżeli dla kogoś jest to zabawne, to zupełnie nie rozumiem jego poczucia humoru.

Gdy obejrzałem wypowiedź prezesa, to dla mnie on wyglądał na kogoś, kto jest na niewłaściwej dla siebie pozycji. On nie czuje tego sportu. Zamiast powiedzieć, że zdrowie naszych zawodników jest najważniejsze, to robi z siebie głupka i się z tego śmieje. Człowiek na jego stanowisku tak się nie powinien zachowywać, wygląda to nieprofesjonalnie. Podobnie jak pytania ze strony dziennikarza z nim rozmawiającego, z którym zresztą rozmawialiśmy o całej sprawie.

We wspomnianej „bańce” w Gliwicach do kadry wrócił za to Adam Waczyński.

Rozmawiałem z nim i cieszę się, że wrócił do reprezentacji, ale Adam nadal nie czuje, aby jego sprawy ostatecznie się wyjaśniły. Dlaczego nikt o to nie pyta? Czemu nie był kapitanem podczas tego ostatniego okienka? To jest jakaś ściema. To jest następna sytuacja, gdzie prezes ma swój negatywny wpływ na całą organizację reprezentacji Polski. Było głosowanie, kto ma być kapitanem. Wtedy my zawodnicy wybraliśmy Adama Waczyńskiego.

Adam przez te lata, jako kapitan, był pozytywnym aspektem reprezentacji. Za tym nie stanął nasz prezes, nie mogli się dogadać o lepsze warunki. Wkurzył się na niego i chciał mu zabrać opaskę kapitana. To jest po prostu żart. 

Przede wszystkim jednak nadal nie wiadomo, dlaczego Adam Waczyński nie jest kapitanem reprezentacji. A ja mogę powiedzieć, że nie jest nim, gdyż walczył o lepsze warunki dla zawodników na mistrzostwach świata i to prezes usunął go z tej roli. Dla nas, jako zawodników, była to decyzja z kosmosu. My próbowaliśmy się za Adamem wstawić, czego nie zrobił jednak trener Taylor. On pytał się Mateusza Ponitki i Łukasza Koszarka, czy chcą być kapitanami – skoro prezes mówi, że Adam nim nie może być. Oni jednak nie chcieli w takim stylu go zastępować.

Taka sytuacja, która dotknęła Adama, nigdy nie wydarzyłaby się w innych reprezentacjach na dobrym poziomie. Dlaczego? Gdyż momentalnie 5-6 innych zawodników by powiedziało, że nie będą grać, skoro odsuwa się kapitana, który chce coś wywalczyć dla zespołu. To jest możliwe tylko w Polsce, gdyż tutaj dużo osób nie ma pojęcia o koszykówce. Cały zespół powinien stawić się za Adamem, bo on walczył dla nas. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. 

To, że prezes Piesiewicz za coś się na niego zdenerwował czy z czymś się nie zgadzał, nie powinno się kończyć tym, że pozbawia się Adama funkcji kapitana.

Co dokładnie próbował wtedy Adam Waczyński wywalczyć?

Na pewno nie jest tak, że Adam prosił o jakieś kosmiczne rzeczy czy pieniądze. Chciał na przykład, żebyśmy dostali bilety dla rodzin, żeby mogły przylecieć do Chin. Próbował wywalczyć lepsze warunki w hotelach podczas zgrupowań kadry i ogólnie starał się, żebyśmy wylądowali na zgrupowaniach w jakimś większym i lepszym mieście niż Wałbrzych, gdzie można wyjść i czymś zająć się w wolnym czasie.

Często w twoich wypowiedziach przewija się osoba trenera Mike’a Taylora, o którym wcześniej zawsze wypowiadałeś się pozytywnie.

Tak rzeczywiście było. Jego sukcesów z reprezentacją Polski nikt mu nie zabierze, gdyż nikt wcześniej tego nie dokonał. Mike Taylor zrobił coś, co nie udało się nikomu od 50 lat. Trzeba to przyznać, że zrobił najlepszą robotę w polskiej koszykówce, ale też trzeba zauważyć te rzeczy, które zrobił źle. 

Pamiętam, że dawno temu była taka sytuacja, gdy Mike negocjował kontrakt z PZKosz i poprosił Marcina Gortata o pomoc, by ten się za nim publicznie wstawił. Ten się na to zgodził i tak zrobił. Potem jednak, już po negocjacjach i podpisaniu kontraktu, Mike udzielił wywiadu, w którym powiedział, że Gortat nie powinien na takie tematy rozmawiać. Powiedział na jego temat to, co chcieli ludzie ze związku. Wszyscy przecież wiemy, jakie relacje ma „Gorti” z PZKosz. 

Dołącz do Premium – czytaj inne teksty w całości! >>

Mówisz o tych sprawach bardzo otwarcie, czym zapewne zamykasz sobie drogę powrotu do reprezentacji. Czemu to robisz?

Ja jestem otwarty i chciałbym reprezentować nasz kraj w przyszłości. Ja nie mam nic do stracenia. Grałem w koszykówkę, zanim pojawił się w niej prezes Piesiewicz i będę w niej działał po tym, jak już go w niej nie będzie. Mówię prawdę na temat tego, co się stało. Nie jest tak, że nie cieszę się z sukcesów reprezentacji – wręcz przeciwnie. Oglądam jej wszystkie mecze – tak było w Chinach i tak jest teraz. Są jednak tematy, z którymi my, zawodnicy musimy nauczyć sobie radzić i wzajemnie się wspierać. Dzisiaj coś takiego mogło dotknąć Adama, a za 2 lata może spotkać kogoś innego.

A obecna sytuacja wygląda tak, że zawodnicy reprezentacji Polski boją się zabrać głos. Wszystkie te przykłady są smutne, gdyż one jasno pokazują, że ludzie ze związku, którzy są w nie zaangażowani, nie powinni znaleźć się w tych rolach. Mam nadzieję, że mój i innych graczy głos poprawi w przyszłości tę sytuację. Chciałbym, żeby dla kolejnej generacji graczy, te kwestie wyglądały po prostu inaczej i lepiej. To wszystko.

Rozmawiał Wojciech Malinowski

Dołącz do Premium – czytaj inne teksty w całości! >>

POLECANE

35 lat – tyle spędził na polskich i europejskich parkietach Janusz Calik. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich arbitrów skończył karierę sędziowską wraz z ostatnim meczem sezonu zasadniczego 2020/21. W rozmowie z PolskiKosz.pl opowiada o tym, dlaczego czasami „pomaga” zawodnikom na parkiecie, jakie przepisy zmieniłby, gdyby mógł, i jaka jest znajomość zasad gry polskich trenerów i zawodników.
Łukasz Kolenda opowiada o dramatycznej końcówce ze Śląskiem, a Filip Matczak o kontrowersyjnym faulu i zwycięstwie z Zastalem. Pan Fabio widzi błąd sędziów przy faulu Bena McCauleya. W cyklicznej rubryce Stingera dziś także informacje, na których drużynach można było zarobić najczęściej.

tagi

– Odejście Arkadiusza Lewandowskiego z prezesa Anwilu może okazać się zmianą, której szybko we Włocławku pożałują. Zamiast zmieniać sterników, klub powinien zatrudnić sprawdzonego fachowca w roli dyrektora sportowego – pisze Grzegorz Szybieniecki, podsumowując kadencję ustępującego prezesa.
9 / 04 / 2021 18:49
35 lat – tyle spędził na polskich i europejskich parkietach Janusz Calik. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich arbitrów skończył karierę sędziowską wraz z ostatnim meczem sezonu zasadniczego 2020/21. W rozmowie z PolskiKosz.pl opowiada o tym, dlaczego czasami „pomaga” zawodnikom na parkiecie, jakie przepisy zmieniłby, gdyby mógł, i jaka jest znajomość zasad gry polskich trenerów i zawodników.
7 / 04 / 2021 8:50
35 lat – tyle spędził na polskich i europejskich parkietach Janusz Calik. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich arbitrów skończył karierę sędziowską wraz z ostatnim meczem sezonu zasadniczego 2020/21. W rozmowie z PolskiKosz.pl opowiada o tym, dlaczego czasami „pomaga” zawodnikom na parkiecie, jakie przepisy zmieniłby, gdyby mógł, i jaka jest znajomość zasad gry polskich trenerów i zawodników.
7 / 04 / 2021 8:50
MIT Sloan Sports Analytics Conference to kultowa konferencja dla wszystkich analityków i statystyków koszykówki, a coraz częściej także innych dyscyplin sportu. Czego można spodziewać się po kwietniowym wydarzeniu w Bostonie i na co warto zwrócić uwagę?
10 / 03 / 2021 19:43
Anwil Włocławek pozwalał rywalom na rekordową liczbę rzutów za 3 punkty, ale była to przemyślana taktyka. Dużo częściej rzucali słabsi strzelcy w drużynie przeciwnika, a specjaliści od trójek mieli gorsze pozycje i notowali spadek skuteczności.
Najlepsza koszykarsko drużyna NBA robi też doskonałą robotę marketingową i biznesową, świetnie wykorzystując lokalne klimaty. Bucks potrafią prowincjonalne położenie Milwaukee przekuwać w atut i przeżywają właśnie chwile wielkiej chwały. Brakuje już tylko mistrzostwa!
– Jako gracz potrafi wszystko. Nie spodziewałem się, że zagramy w Europie przeciwko tak dobremu strzelcowi, a na pewno nie w Grecji – powiedział Michael Jordan w 1983 roku, wtedy jeszcze koszykarz uczelni North Carolina. Młody „MJ” komplementował w ten sposób Nikosa Galisa – do dziś największą postać greckiej koszykówki i jedną z legend europejskiego basketu.
20 / 03 / 2021 11:35