Maciej Adamkiewicz: Mam w sobie diabła adrenaliny

Maciej Adamkiewicz: Mam w sobie diabła adrenaliny

“Grając kiedyś na betonowych boiskach, w życiu bym nie pomyślał, że stanie się to w przyszłości dyscypliną olimpijską” - mówi Maciej Adamkiewicz. Zawodnik Kinga Szczecin oraz szerokiej kadry Polski w koszykówce 3x3 opowiada o swojej karierze i podejściu do życia.
Maciej Adamkiewicz / fot. Kuba Skowron, PZKosz

Dołącz do Premium – czytaj całe teksty i graj w Fantasy Lidze! >>

Pamela Wrona: Czym dla pana jest adrenalina?

Maciej Adamkiewicz: Adrenalina jest dla mnie wolnością. Czymś, przez co można odciąć się od codzienności, od zwykłego życia. Czymś, dzięki czemu można zapomnieć o wszystkim i choć na moment przenieść się w inny wymiar życia. 

Wydaje mi się, że zwyczajnie sprawia mi radość to, gdy czasem robię rzeczy na granicy. I nie ma we mnie jakiejś blokady, aby zrobić coś, co dla zwykłego człowieka wydaje się wariactwem jak na przykład skok na bungee, który dla mnie był czymś zwyczajnym i normalnym, jakbym po prostu robił to na co dzień.

Gdzie jej pan szuka?
Kocham jeździć na motorach. Obecnie przesiadłem się ze ścigacza na crossa. Lasy i pola w ciepłe dni są moim drugim domem. Uwielbiam podróżować i każdą dłuższą chwilę staram się zaplanować na jakiś wypad poza miejsce codzienności. Mam w planach zwiedzić trochę świata na dwóch kółkach, gdy już będę miał więcej czasu i jeśli znajdę kompana, bo będzie raźniej. No i oczywiście koszykówka jest czymś, co pozwala mi się odciąć, mimo że jest to dość monotonne.

Jak smakuje wolność?
Ciężko to opisać. Dla mnie jest to czysta głowa, która nie myśli o niczym – ani o treningach, ani o biznesie, tylko o tym jak w danej chwili jest wspaniale i że mogę przez ten czas robić to, na co mam ochotę, bez żadnych konsekwencji. Jedni odpoczywają leżąc na plaży, a ja odpoczywam wsiadając na motocykl i gdy przede mną jest tylko prosta droga.

Dokąd ta droga prowadzi?
Droga na motorze prowadzi do wolności spokoju i adrenaliny do chwili, która nie trwa wiecznie. Ale jest chwilą, której nikt nigdy Ci nie odbierze. Chyba, że nieszczęśliwy wypadek. Tak, jesteś sam ze swoimi emocjami, które można wyrzucić podczas jazdy.

Lubi pan ryzyko?
Dla mnie to nie jest ryzyko. Ja po prostu taki jestem i bardzo to lubię. Dla innych może to być ryzyko, a ja to widzę jak codzienność, pasję. Miałem raz dość poważny wypadek samochodowy, ale nie byłem wtedy kierowcą. Raz w życiu musiałem kłaść motocykl na ziemię, bo starsza pani zajechała mi drogę.

Nie koliduje to z pana zapisami w kontraktach?

Rzeczywiście, często są zakazy w kontraktach, aczkolwiek ja nie jestem podstawowym graczem w EBL, więc nie mam aż tak rygorystycznych zapisów w kontrakcie i o motorze nic nie ma. Poza tym, znam swoje umiejętności na maszynie, więc nie martwię się o to w ogóle.

Kiedy kupił pan swój pierwszy motor?
Swój pierwszy motor dostałem od prababci. Miałem wtedy 17 lat i była to zwykła 50cm3, którą po dwóch tygodniach zamieniłem na Suzuki GSXF 600.

Rodzice nie byli temu przeciwni?
Ojciec odszedł od nas jak miałem kilka miesięcy. Później zaczął mieć problemy z alkoholem, był na ulicy. Pamiętam tylko jak odwiedził mnie na Święta Bożego Narodzenia, złożyliśmy kolejkę, bawiliśmy się. W marcu stało się najgorsze – w 2004 roku został zamordowany w Warszawie i już go więcej nie widziałem. 

Do dziś mi go brakuje. Nigdy nie mogłem zadzwonić, poradzić się co w danej sytuacji zrobić. Mama czy babcie nie na wszystko znały odpowiedź i nie miały takiego wpływu, jaki mógłby mieć ojciec. Szybko musiałem dorosnąć.

Jedynie mama była przeciwko moim motocyklom, lecz nigdy mi tego nie zabroniła. A we mnie, z każdym rokiem rosła chęć dokształcenia jazdy na zasadzie „im trudniej tym lepiej”.

Rozsądek pojawił się z wiekiem?
Mam w sobie diabła adrenaliny, a dopóki jeździsz tak, że nic się nie dzieje to nie kłóci się to z niczym. Sądzę, że podchodzę do tego z głową, a im jestem starszy tym zwracam większą uwagę na pewne rzeczy i jestem ostrożniejszy. Zdecydowanie, człowiek mądrzeje z wiekiem, ale i zmienia się rozsądek, myślenie, podejście do życia.

Maciej Adamkiewicz / fot. archiwum prywatne

.

Jak zmieniło się pana, gdy pojawiła się koszykówka?
Koszykówka to był ratunek, by nie skończyć w złym miejscu. Wychowałem się na osiedlu, gdzie dużo osób robiło rzeczy niezgodne z prawem – i albo skończyli w więzieniu, albo na cmentarzu. Ja na szczęście miałem sport, który mnie od tego trzymał z daleka, mimo że to byli moi koledzy z podwórka, z którymi się zadawałem. 

Kariery może nie zrobiłem, ale ta przygoda jest dla mnie piękna, bo poznałem mnóstwo wspaniałych osób, zwiedziłem pół świata, poznałem siebie i ukształtowałem swój charakter, który pomaga mi iść naprzód.

Co sprawiło, że się pan nie zatrzymał?
Było dużo różnych sytuacji. Sprawy rodzinne skierowały mnie w inną stronę, moje dzieciństwo bez ojca i to, że wychowywały mnie dwie babcie i mama. Żyliśmy bardzo skromnie. Chciałem to wszystko zmienić. Pojawiła się koszykówka, udało mi się grać, odciążyć rodzinę finansowo. Pamiętam, że początkowo klub ze Szczecina, z którym związałem się po Kołobrzegu, opłacał mi mieszkanie, obiady oraz kontrakt i to było coś. 

W Wilkach grałem na każdym szczeblu i pozostałem w Szczecinie. Skończyłem studia na Uniwersytecie Szczecińskim, grałem w basket, otworzyłem firmę transportową, co było najlepszą decyzją w moim życiu, poza oczywiście graniem w koszykówkę.

Koszykówka pojawiła się w trzeciej gimnazjum zupełnie przypadkiem. Kiedyś  starsi ode mnie znajomi namówili mnie, abym z nimi pograł. Wtedy byłem zapalonym piłkarzem. Dałem się jednak przekonać. Pamiętam, że pierwszy raz przyszedłem w korkach i ciuchach piłkarskich – i już tak zostałem. 

Każdego dnia spotykaliśmy się na słynnym betonowym boisku w Goleniowie, na którym  swoją drogą, odbył się największy turniej streetballa w Polsce. Powstał nawet o tym film, nagrał go mój przyjaciel Tomasz „Budza” Budziński, za co otrzymał nagrodę od hip-hop.pl za najlepszy mix w Polsce. A my graliśmy tam całymi dniami i tak się wkręciłem w to wszystko. 

U nas nigdy nie było żadnego klubu. Dopiero po gimnazjum, Kotwica 50 Kołobrzeg chciała, abym uczył się i grał u nich, więc tak to się zaczęło.

Koszykówki uczył się pan na ulicy?
Tak, wszystkiego uczyłem się na ulicy. Koszykówka 3×3 była moją pierwszą wersją, z którą się spotkałem. Chłopaki grali najwięcej między blokami. W 5×5 też graliśmy, lecz jak wiadomo, zasady są zupełnie inne. Wtedy nikt nie zwracał na to uwagi, na poruszanie się w obronie i inne detale. Tam grałeś, aby wygrać i dobrze się bawić. 

Teraz trzeba znać szczegóły, które robią różnice i należy uczyć się ich każdego dnia. Gdy byłem pierwszy raz w ekstraklasie, dużo pomógł mi Mateusz Bartosz, który jest moim najlepszym kumplem i mogę na niego liczyć w sprawach sportowych, jak i poza. 

W sezonie 2020/21 znowu znalazł się pan w ekstraklasie.
Aktualnie gram w Kingu Szczecin, chociaż grą trudno to nazwać. Ktoś może się dziwić po co tu jestem i mówić, że to nie jest miejsce dla mnie. Dostałem taką możliwość, więc chciałem ją wykorzystać.

Bardzo doceniam i jestem wdzięczny za to, co zrobił dla mnie trener Łukasz Biela. Pomógł mi wejść do drużyny, poświęcił swój czas w wakacje i trenował ze mną, a dziś uczę się od niego nowych rzeczy na treningach. 

Łukasza znam już kilka dobrych lat. Graliśmy nawet razem w jednej drużynie na turnieju 3×3. Jako trener ma fajne podejście do zawodników. Jest młody, ambitny, potrafi rozmawiać i wszystko spokojnie wyjaśniać. Sam grał kiedyś na wysokim poziomie, więc rozumie ten sport od każdej strony i to jest kluczowe. Kilka lat bycie drugim trenerem też zapewne wiele go nauczyło i przygotowało do bycia głównym szkoleniowcem.

Osobiście, podoba mi się klimat, jaki jest w drużynie, w szatni, jak prowadzone są treningi. Chyba wszyscy też wiedzą, że z niczym nie ma tu problemów. Mamy młody, doświadczony zespół i myślę, że ten sezon będzie przełomowy dla Szczecina, za co trzymam kciuki.

Nie kusiły pana większe minuty w innym klubie?
Dla mnie jest to możliwość rozwoju grając z lepszymi od siebie i bardziej doświadczonymi chłopakami, bo na każdym treningu musisz dawać z siebie wszystko, aby dotrzymać im kroku. Myślę, że spróbowałbym jeszcze swoich sił, aby sprawdzić czy dałby radę pograć w ogóle na takim poziomie, w zespole, który dałby mi więcej minut. Ciężko cokolwiek pokazać, gdy dostajesz 2-3 na kilka spotkań. 

Miałem możliwość gry w drugoligowym Żaku Koszalin, jednak chciałem mocno przygotować się do sezonu 3×3 i wiedziałem, że same treningi w Szczecinie dużo mi pomogą. Koszykówka 3×3 to jest dla mnie cel i coś, w czym mam szansę jeszcze coś osiągnąć i pograć.

Szczecin to także poczucie stabilności?
Wiedziałem, że całe życie grać nie będę. Chciałem więcej zarabiać, a doszedłem do wniosku, że nie będzie to możliwe będąc w jednym miejscu. To ja sam podjąłem decyzję, że muszę coś mieć poza koszykówką, jeśli chcę w przyszłości nie martwić się o to co będzie, gdy przestanę grać. 

Jestem w domu i na miejscu, mogę prowadzić swój własny biznes, który mam od ponad 2 lat. Nie muszę wyjeżdżać, bo w koszykówce nie zarobię już takich pieniędzy jak w biznesie, a tak mogę grać na miejscu, nie martwiąc się, kto dopilnuje wszystkiego.

Koszykówka 5×5 czy 3×3 – w czym czuje się pan bardziej spełniony?
Na ten moment zdecydowanie 3×3.Wiem, że mam tam jeszcze swoją szansę, w przeciwieństwie do 5×5. Robię swoje, nie zamykam się na nic. W koszykówce 3×3 czuję się jak ryba w wodzie. Jest to bardzo fizyczna gra, którą uwielbiam.

Różnice są ogromne, jest to inna koszykówka, aczkolwiek podstawy z tradycyjnej ułatwiają grę w 3×3, a przygotowanie fizyczne w 3×3 ułatwia przejście na grę w tradycyjną. Jest zdecydowanie mniej czasu na decyzje, jest inna dynamika. Jedna i druga odmiana mi się podoba. Jeśli jesteś potrzebny drużynie i to czujesz, zawsze będziesz się spełniał.

Jak zaczęła się przygoda z kadrą?
Przygoda z kadrą rozpoczęła się, gdy trener Mirosław Noculak zaprosił mnie na zgrupowanie w Pruszkowie, na które pojechałem razem z Tomkiem Budzińskim. Później trener się zmienił, został nim Piotr Renkiel, który też zaproponował współpracę i widział mnie w składzie. Teraz walczę o swoje miejsce na kwalifikacje do IO w Tokio. 

Grając kiedyś na betonowych boiskach, w życiu bym nie pomyślał, że stanie się to w przyszłości dyscypliną olimpijską. Bardzo mnie to trzyma przy graniu. Również dzięki temu dążę do tego, by coś w tym osiągnąć.

Igrzyska to odroczone marzenia?
Wirus bardzo pokrzyżował nasze plany, nie tylko sportowe. Trzeba wytrzymać ten ciężki okres. Uważam, że mamy duży potencjał i szansę, aby coś osiągnąć oraz zdobyć awans. 

Piotr Renkiel to były zawodnik 3×3, więc ma spore doświadczenie i wie jak poprowadzić treningi, drużynę, aby wejść na wyższy poziom. Organizuje różne testy ze specjalistami, aby braki każdego z nas minimalizować. Myślę, że nic się nie zmieni – dalej będziemy ciężko i intensywnie przygotowywać się po nowym roku, o ile sytuacja będzie stabilna. 

Jestem dobrej myśli i wiem, że czeka nas dobry moment w tej odmianie koszykówki, bo taki sukces jak igrzyska pomógłby całej organizacji i dyscyplinie.

Sam lockdown sprawił, że zaczął pan postrzegać rzeczy w inny sposób?
Ludzie mówią, że kwarantanna i koronawirus wiele zmienił. Prawda jest taka, że człowiek często mówi coś w danej sytuacji, pod wpływem chwili, a gdy to przemija, zapomina i wraca do starego życia. Każdy jest inny.

Maciej Adamkiewicz / fot. archiwum prywatne

.

Pan w tym czasie usłyszał jeszcze diagnozę.
W trakcie poprzedniego sezonu moja pierś zaczęła puchnąć. Okazało się, że to patologiczne zmiany skórne i podejrzenie nowotworowe. Przeszedłem pierwszą operację, wycięto mi guza z piersi i węzły chłonne spod pachy. Dziś wszystko jest dobrze. Pozostaje w stałym kontakcie z lekarzem, mam kontrole, czy nic się nie przerzuca. Wycięli co trzeba i mam nadzieje, że więcej nie będę musiał tam wracać. 

Dwudniowy pobyt w szpitalu sprawił, że spojrzałem inaczej na życie, widząc na oddziale młodych ludzi, którzy czekają na wyrok śmierci. Są to emocje nie do opisania. Z jednym pacjentem złapałem kontakt, trzymał mnie na duchu, gdy byłem przed zabiegiem, pomimo że przy nim byłem okazem zdrowia, bo on nie miał już szans. To mnie zmieniło jeszcze bardziej.

Gdy rozmawialiśmy kilka miesięcy temu, dwa tygodnie po zabiegu spakował się pan i poszedł w góry. Jest teraz na to czas?
Ostatnio nie mam czasu na takie wycieczki, odkąd dołączyłem do drużyny ze Szczecina. Każdego dnia jestem w hali, ale gdy tylko nadarzy się okazja, na pewno gdzieś wyruszę. Wówczas spakowałem się w jeden dzień, pojechałem w góry i wszedłem na Śnieżkę. To bardzo mi pomogło, bo traciłem motywację i grunt pod nogami. Miałem tam czas, by pomyśleć, przewartościować, podbudować się mentalnie. 

Wchodziłem już na większe góry, zdobyłem Tatry i Karkonosze. To przyzwyczajenie, bo już jako juniorzy jeździliśmy w góry biegać. W górach też czuję się wolny.

Rozmawiała Pamela Wrona, @Pamela_Wrona

POLECANE

Od wielu lat listopad obchodzi się pod hasłem świadomości i profilaktyki występujących u mężczyzn chorób nowotworowych, przede wszystkim raka jąder i raka prostaty. To dobra okazja, by przypomnieć rozmowę z Robertem Skibniewskim i zapisać się na badania.

tagi

Zagłębie Sosnowiec to koszykarski ośrodek, który już w sezonie 2024/25 miał pojawić się na ekstraklasowej mapie Polski. O tym, jak miało do tego dojść opowiedział w połowie maja naszemu portalowi prezes Piotr Laube, choć z początkiem czerwca sytuacja uległa zmianie.
7 / 06 / 2024 22:34
14 zwycięstw i 14 przegranych to dotychczasowy bilans beniaminka Orlen Basket Ligi, który mając do rozegrania jeszcze dwa mecze, zajmuje ósme miejsce w tabeli. Dziki Warszawa swój debiutancki sezon w ekstraklasie sportowo już mogą zaliczyć do udanych. Ale nie tylko w tym aspekcie. – Nasz sufit jest tam, gdzie go sami powiesimy – przekonuje Michał Szolc, prezes i założyciel klubu.
12 / 04 / 2024 18:58
Obecnie media społecznościowe są nieodzownym elementem marketingu sportowego. Własną perspektywą pracy media managera w koszykarskich klubach podzielili się Katarzyna Pijarowska (Enea Astoria Abramczyk Bydgoszcz), Bartek Müller (Krajowa Grupa Spożywcza Arka Gdynia) oraz Karol Żebrowski (Trefl Sopot).
25 / 03 / 2024 22:15
– Mam argumenty, by zapijać emocje alkoholem. Kontuzje i urazy, zmiany klubów i miast, nowe otoczenie i nowi ludzie – to wszystko przecież buduje niestabilność. Po przegranym meczu moi koledzy z szatni analizują swoje błędy. Ja sięgam po alkohol. Uśmierzam emocje. Chyba nie chcę się z nimi spotkać. Nie wczytuję się w siebie, bo wolę tego uniknąć – wspomina były koszykarz Wiktor Grudziński. 15 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Trzeźwości. To nie tylko promowanie abstynencji. Jest to dzień, który służyć ma refleksji i ma na celu zwiększenie świadomości społecznej na temat powszechności uzależniania od tej substancji oraz zagrożeń zdrowotnych wynikających z jej nadużywania.
„Stałam w oknie, pomachałam mu, aż straciłam go z pola widzenia. Po chwili jednak zadzwoniłam, aby kupił bułki. Zawsze to robił. Tego dnia zapomniał. Gdy się rozłączyłam, napisał: „Przepraszam, kocham cię”. Wtedy nie wiedziałam, że już nigdy więcej się nie zobaczymy i tego dnia zostanę wdową.” – wspomina Angelina, żona zmarłego koszykarza Dawida Bręka. 23 lutego obchodzimy Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Jest to dzień, w którym przede wszystkim powinniśmy zwrócić uwagę na to, jak ważne jest dbanie o swoje zdrowie psychiczne i korzystanie ze specjalistycznej pomocy.
Jak od kuchni wygląda tworzenie tekstów lub przekazywanie cennych informacji? Co definiuje dobrego dziennikarza i czym tak naprawdę jest dziennikarstwo sportowe oraz jak to jest być po drugiej stronie? Być może w poniższym tekście znajdziesz odpowiedzi na niektóre pytania czytelnika.
6 / 06 / 2024 12:39
Jeden z najlepszych niskopunktowych graczy na świecie wraz z drużyną Hornets Le Cannet Côte d’Azur zdobywa prestiżowy Puchar Francji. To Polak, który także reprezentuje nasz kraj w koszykówce na wózkach.
30 / 01 / 2024 17:38