Bartosz Diduszko – chłopak z Szombierek

Bartosz Diduszko – chłopak z Szombierek

"Ślązak jest uczciwy, mocny, pracowity i prostolinijny" mówi Bartosz Diduszko, zawodnik Polskiego Cukru Toruń. Opowiada o charakterze, który prowadzi do sportowych sukcesów, ale i odskoczni, jaką jest miłość do zwierząt. "Koszykówka dała mi wszystko" - podsumowuje.
Bartosz Diduszko / fot. Róża Koźlikowska, Polski Cukier Toruń

Dołącz do Premium – czytaj całe teksty i wygrywaj nagrody w Fantasy Lidze! >>

Pamela Wrona: Chłopak z Szombierek – kim on jest?

Bartosz Diduszko: Szombierki to dzielnica Bytomia, z której pochodzę i w której się wychowałem. Jako dziecko obserwowałem, że ludziom nie żyło się tu lekko. Bywało różnie, ale pomimo przeciwności większość z nich dawała sobie radę. Zdarzało się niestety też tak, że moi rówieśnicy nie zawsze wybierali właściwą drogę. Ludzie z Górnego Śląska są znani z mocnego charakteru i przywiązania do tego miejsca. Ślązak jest uczciwy, mocny, pracowity i prostolinijny.

Taki jest Bartosz Diduszko?

Taki właśnie jestem, dlatego mówię o sobie z dumą, że jestem chłopakiem z Szombierek. Mam na myśli właśnie ten charakter i cechy – siła, cierpliwość, wytrwałość.

Środowisko cię zahartowało?

Okolice nie były najprzyjemniejszym miejscem na Ziemi, ale z drugiej strony to mi później pomogło. Koszykówkę trenowaliśmy na słynnej hali w Szombierkach. To specyficzne miejsce i niemal każdy, kto tam grał lub ją pamięta, wie o czym mówię. Spędziłem tam 9 lat, to mnie bardzo mocno ukształtowało pod kątem charakteru. 

Górniczy charakter?

Na Szombierkach większość ludzi było zatrudnionych w kopalni – kiedyś liczyłem, że ¾ rodzin, to były rodziny górnicze. Mój ojciec również. Żeby być górnikiem, moim zdaniem, trzeba być silnie mentalnie człowiekiem i trzeba być mocnym, aby zejść pod ziemię i pracować tam tyle godzin.

Jak ważne było, aby pójść właściwą ścieżką?

Miałem znajomych, którzy po szkole poszli gorszą drogą. Nie wdając się w szczegóły, było wiele pokus. U nas, w tych okolicach i zresztą sam Górny Śląsk był miejscem, gdzie ten mocny charakter pomagał młodym chłopakom wyjść i brnąć do przodu, ale nie wszystkim się to udawało.

Naturalnym kierunkiem był wtedy sport?

I pojawił się sport, któremu wszystko podporządkowałem. Chodziliśmy z bratem tylko do szkoły i na treningi. Każdy dzień był niemal taki sam – śniadanie, szkoła, obiad, trening, kolacja, sen i od początku. To pozwalało od tego wszystkiego trzymać się z daleka.

Chyba jak każdy, zacząłem od piłki nożnej. Poszliśmy z bratem do sekcji piłki nożnej w klubie Szombierki Bytom. Przyznam, że wytrwaliśmy tylko rok czasu. Łukasz rozegrał jeden mecz, a ja się nawet nie łapałem do składu. Trenera naszej grupy później zwolniono i wtedy postanowiliśmy, że może trzeba spróbować czegoś nowego. Padło na koszykówkę. Znajomy naszego ojca był trenerem.

Koszykówkę mogliście mieć w genach?

Ojciec najpierw był koszykarzem, przestał grać po sezonie w drugoligowym zespole z Katowic. Urodził się brat, chciał poświęcić się rodzinie – odwiesił buty i zaczął pracować w kopalni.

U nas, była to droga naturalna. Rodzice na nas nie naciskali. Chcieliśmy spróbować w piłce nożnej, jak większość chłopaków w tym wieku, ale świadomie zdecydowaliśmy, że to nie jest to. Kolejnym krokiem była koszykówka i od razu złapaliśmy tego bakcyla. Na pierwszy trening poszedłem w wieku 8 lat, a brat miał 9. Dziś mam 34 lata, więc to kawał czasu.

Jednak przedtem patrząc na koszykarski dorobek ojca, przechodziło przez myśl, aby iść jego drogą?

Nie myślałem o tym jak byłem młody. Każdy jak był mały śnił o NBA. To były marzenia z tej górnej półki. Aczkolwiek uświadomiłem sobie, że mogę spróbować grać wyżej i mam szansę, jak trafiłem do Czeladzi. Mało komu udawało się wyjechać w Polskę podążając koszykarskim szlakiem – przede mną był Damian Lenkiewicz, a razem ze mną Maciej Strzelecki. Jak podpisałem kontrakt, to pomyślałem, że mogę w tej koszykówce zaistnieć.

Ile znaczył Twój pierwszy wyjazd?

Pierwszy wyjazd, w zasadzie był „pół-wyjazdem”. Miałem możliwość grać w Czeladzi i dojeżdżałem z domu. Był to pierwszy krok w dorosłej, zawodowej koszykówce, w której miałem już styczność z seniorami. Myślę, że patrząc z perspektywy czasu był to dobry rok. Mówiło się, że byliśmy czarnym koniem. O mały włos, nie awansowaliśmy do ekstraklasy – przegraliśmy w półfinale ze Zniczem Jarosław 0:3.

Koszykarskim ojcem był Tomasz Niedbalski?

Nie będzie tajemnicą, jak powiem, że był to właśnie Tomek Niedbalski. On jest moim przyjacielem, kilka razy wyciągnął do mnie rękę. Jestem jego wychowankiem. Trenowaliśmy do wieku juniora, więc całą młodość spędziłem pod jego okiem. Wyjechałem ze Śląska, ale ciągle mieliśmy kontakt. Jak się okazuje, nasze ścieżki się jeszcze kilka razy przecinały. Można zdecydowanie powiedzieć, że to mój koszykarski ojciec.

Zawsze był autorytetem i osobą, która wytykała mi błędy. Teraz wspominam to z sympatią, ale kiedyś mnie to denerwowało. Pamiętam, jak próbował podrażnić moje ambicje, porównując mnie do innych koszykarzy w moim roczniku. „Zobacz, on gra w kadrze młodzieżowej, a Ty nie”.

Jaki przynosiło to skutek?

Byłem zły. Ale później tą złość przekuwałem w pracę na treningach i meczach. Okazało się później, że większości chłopaków z mojego rocznika, nie ma już w koszykówce. A ja wciąż gram.

Jak myślisz, dlaczego?

Wydaje mi się, że pomógł mi mój charakter i podejście do pracy. To pomogło mi pracować nad sobą, mieć właściwe podejście. Wiadomo, że były lepsze i gorsze momenty, ale suma summarum, chyba nie wyszło najgorzej.

Marzeniami dzieliliście się razem z bratem?

Rozwijało się to samo, brat w swoim roczniku wiódł prym. Ja w swojej grupie też się wyróżniałem. Samoistnie, złożyło się tak, że we dwoje trafiliśmy do Czeladzi na okres przygotowawczy i pamiętam, że ja zostałem, a Łukasz zmienił klub i poszedł do Katowic. Nawet nie rozmawialiśmy, aby mieć plan na PLK, każdy z nas stawiał kroki jeden za drugim.

Bartosz i Łukasz Diduszko, fot. @redcowstudio

.

Łukasz i Bartosz to dwie różne osoby?

Brat wyluzował, ma dzieci i jest spokojniejszy. Zawsze największą różnicą między nami było to, że w przeciwieństwie do mnie – był cholerykiem. Zawsze reagował impulsywnie, najpierw była reakcja, a dopiero później myśl. Ja z kolei flegmatyk – zanim cokolwiek zrobiłem, musiałem zastanowić się kilka razy. Byłem zawsze tym spokojniejszym, a on ten żywioł.

A na parkiecie?

Trener Tomasz Niedbalski mówił: „Twój brat jest taki charakterny, a Ty jesteś taki spokojny, weź się trochę zdenerwuj”. Motywował mnie w ten sposób. 

Potrzebna była ta dojrzałość boiskowa, która przyszła z czasem?

Teraz, gdy jesteśmy ukształtowanymi koszykarzami, wydaje mi się, że prezentujemy bardzo podobny styl – jest pozytywna agresja w grze, walka o piłkę. Z biegiem czasu trochę go dogoniłem. Każdy dojrzewa, zarówno koszykarsko i życiowo, kształtuje się. Sądzę, że u mnie z każdym sezonem kształtowałem się coraz bardziej. Wiedziałem, jaka jest moja rola na boisku, co mogę dać drużynie.

Czym jest w ogóle ta dojrzałość?

Myślę, że jest większy spokój, na boisku i w życiu. Człowiek może uporać się z każdą sytuacją. Dojrzałość życiowa, w moim przypadku, przelała się na boisko, pewność siebie zaczęła rosnąć. Doświadczenie, a także ilość meczów sprawiło, że zacząłem na pewne rzeczy reagować inaczej, mając większe opanowanie. Sam sport miał na mnie duży wpływ. Jeśli ktoś mnie zapyta, odpowiem, że sport kształtuje charakter – uczy cierpliwości, współpracy, wytrwałości. Są różne momenty, ale sportowiec dąży do dobrego wyniku.

Zdaje się, że cechuje cię też spore pokłady empatii, której w tych czasach jest jak na lekarstwo.

To sprzeczne informacje, bo moja żona twierdzi, że empatii mam bardzo niewiele. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że dzięki niej zacząłem na niektóre rzeczy patrzeć inaczej.

Na zwierzęta?

Dokładnie. Mamy psią i kocią rodzinę, która znowu się powiększyła. Nie mogę zrozumieć, jak człowiek może krzywdzić zwierzęta. Dla mnie to jest niepojęte, bo zwierzę jest bezbronne i samo w sobie nie ma agresji. Osoby, które robią im krzywdę, są dla mnie nikim. Często wyświetlają się różne treści w Internecie – jak to widzę, to rodzi to we mnie złość i sprzeciw.

Ile liczy teraz Twoja rodzina?

Mamy dwa psy – Fruzię, która ma 6 lat i Manię, która jest z nami dwa miesiące. Mamy jeszcze kota Lucjana, którego moja żona przyniosła z parkingu. Były mroźne dni, dotychczas żył dziko na osiedlu i pewnego razu sam wskoczył jej na ręce. Kota zatrzymujemy, ale wypuszczamy go z domu i wraca do nas kiedy chce, ma u nas swój kąt.

Bartosz Diduszko / fot arch. prywatne

.

Nie bez powodu mówi się, że wiele możemy nauczyć się od zwierząt.

Oczywiście, możemy nauczyć się od nich bardzo dużo, szczególnie tych pozytywnych cech. Prawdą jest, że my dla naszych zwierząt jesteśmy całym światem. Jak wychodzimy z domu, dosłownie tak za nami płaczą, że staramy się wychodzić jak najrzadziej.

Dlatego Sylwestra spędziłeś razem z nimi w łazience?

Tak, a to już drugi Sylwester, a rok temu był nawet gorzej bo nasz maltańczyk bardzo się bał. Dla mnie to nie jest problem, żeby zamiast wyjścia zostać w domu. Teraz są trudne czasy, ale nigdy nie stanowiło to dla mnie problemu, aby zostać ze zwierzakami, poświęcić wyjście i zapewnić im jakiś komfort. My traktujemy nasze zwierzęta jak pełnoprawnych członków rodziny. Śmieję się, że czasami one mają lepiej niż ja.

Sądzisz, że jest to poniekąd przełamanie pewnych stereotypów, ukazując tą wrażliwość sportowca?

Myślę, że tak. Ale wydaje mi się, że wszystko się teraz zmienia, bo nawet prawa zwierząt stają się coraz bardziej zaostrzone – teraz za znęcanie się można otrzymać wyrok skazujący i odsiedzieć karę w więzieniu. To dobry kierunek. Wrażliwość nie jest zła, a na żadną krzywdę nie można być obojętnym.

Z samą adopcją to był impuls. Przeglądałem Facebooka, mieliśmy polubioną stronę toruńskiego schroniska dla bezdomnych zwierząt, zobaczyłem zdjęcie Mani. Był to piątek, w niedzielę mieliśmy już ją w domu. Czasami tak jest, że spojrzymy na jakiegoś zwierzaka i czuje się, że to jest właśnie „ten”.

Czy publikacja zdjęć w mediach społecznościowych może w pewnym sensie pomóc dotrzeć do ludzi?

Sądzę, że tak, bo może człowiek pomyśli dwa razy zanim cokolwiek zrobi. Druga rzecz, może ktoś będzie miał ochotę pójść do schroniska i jakoś pomóc. Jeżeli ktokolwiek spojrzał na moje zdjęcie w mediach społecznościowych i pomyślał, że weźmie jakiegoś zwierzaka, chwała mu za to. Natomiast wrzucam zdjęcia tak, jak funkcjonujemy na co dzień w domu, nie żeby się chwalić, ale na przykład żeby przedstawić nowego członka rodziny. A jeśli ktoś zechce chociażby zaniesie karmę i koc, to czapki z głów, byłbym naprawdę z tego powodu szczęśliwy.

Zwierzęta są absorbujące, dużo czasu poświęcasz koszykówce – ale co jeszcze ma znaczenie w Twoim życiu?

Cały mój czas poświęcam żonie, zwierzakom i koszykówce, więc bardzo mnie to pochłania. Natomiast, jak kiedyś mówiłem, lubię tematykę gór, interesuje się tym i śledzę wyprawy. Poza tym, bardzo lubię czytać biografie sportowców. Zawsze coś z nich wyciągam. Czytam przeważnie książki o ludziach, którzy w świecie sportu zrobili albo dużą karierę, albo wręcz przeciwnie. Staram się to analizować od strony psychologii – dlaczego ta osoba osiągnęła sukces, co miało wpływ, że poszła do przodu, a z drugiej strony, dlaczego komuś się nie udało i gdzie popełnił błąd. Patrzę, jak funkcjonuje świat sportu.

I jakie wyciągasz wnioski?

Jeżeli mówimy o sporcie zawodowym, tym na najwyższym poziomie, wiadomo że ma swoje blaski i cienie. Czytałem książkę, która bardzo mocno mną wstrząsnęła – była to biografia niemieckiego piłkarza, który nazywał się Robert Enke. „Życie wypuszczone z rąk” – to była dla mnie porażająca historia. Bramkarz popełnił samobójstwo rzucając się pod pociąg. Starał się uporać z bardzo głęboką depresją. Ktoś spojrzy z boku i pomyśli: „A dlaczego on miał depresję? Przecież miał żonę i dziecko, pieniądze i karierę”.

To pokazuje, że sport to nie jest to, co często się wszystkim wydaje. Często myśli się, że idzie się dwa razy dziennie na trening, dostaje się ogromne pieniądze i nie ma się innych zmartwień. Książka daje bardzo dużo do myślenia – to nie to, co każdy widzi, gdy raz w tygodniu zawodnik wyjdzie na parkiet – i albo mu się uda, albo nie uda.

A kolejną rzeczą jest: „A dlaczego zagrał słabo?”. Kibic przeklina, bo zawodnik zrobił błąd, ale nie wie, czy pod tym nie ma żadnego głębszego podłoża, bo może ma problemy w domu albo na przykład coś mu dolega.

Znalazłeś w książkach ten przepis na sukces i udaną karierę?

Najczęściej to charakter i nie poddawanie się, nawet jeśli jest największy dół. Robienie swojego i przede wszystkim wiara w to, co się robi to najważniejsze czynniki. Poza tym, żeby wierzyć w to, co się robi, trzeba wierzyć w samego siebie. Ludzie mogą wątpić w Ciebie, ale jeśli sam w siebie zwątpisz, jest już po wszystkim.

A Ty, kim byłbyś bez koszykówki?

Przed naszą rozmową rozmawiałem z żoną i doszedłem do wniosku, że koszykówka dała mi wszystko – od samego początku, nie poznałbym mojej żony, gdybym w nią nie grał, bo było to w Kotwicy Kołobrzeg. Idąc dalej, nie miałbym tych przyjaciół, co mam teraz i jakby spojrzeć, ilu mam przyjaciół w całej Polsce, to bez niej z pewnością nie miałbym tylu ludzi wokół siebie. Koszykówka pozwoliła mi na poznanie ludzi i dała mi po prostu wszystko.

Można powiedzieć, że Polski Cukier Toruń bez Bartosza Diduszko, to nie Polski Cukier Toruń?

W Toruniu czuję się bardzo dobrze, o czym świadczy mój piąty sezon w tym klubie. Generalnie, każdy wie, że klub z Torunia ma najwyższy poziom organizacji, a pod względem sportowym również niczego nie brakuje. Czego chcieć więcej?

Mówiłeś przedtem o pewności siebie – rośnie z każdym sezonem?

Na pewno, każdy rok gry czegoś nas uczy. Zawsze starałem się wyciągać wnioski i analizować, gdzie zrobiłem błędy, a co było dobre i mogę ulepszyć. Nauczyłem się w Toruniu, bo mieliśmy od początku drużynę bijącą się o najwyższe cele, że każdy ma swoją rolę i trzeba się jej nauczyć, a przede wszystkim zaakceptować.

W pewnym momencie trzeba schować swoje ego do kieszeni, bo nie każdy może rzucać po 20 punktów. Niekiedy, jak rzucę 3 punkty i dam 10 zbiórek, będę tak samo ważny. Wydaje mi się, że to nauczyła mnie gra w klubach z czołówki, stawianie drużyny ponad wszystko. To przynosi dobry skutek.

Nie każdy potrafi to jednak zaakceptować.

Niektórzy często denerwują się, a ja zmieniłem podejście, bo na koniec dnia najważniejsze jest, aby drużyna wygrała. Bo jeżeli wygrywa się mecze i rzuca się po kilka punktów, to i tak każdy jest zadowolony. A jeżeli się przegrywa i jest się w dole tabeli, humory nie są dobre, nawet jeśli zdobyło się najwięcej punktów. W play-offach było tak, że nieistotne było to, kto jakie miał statystyki, bo najważniejsze było miejsce całego zespołu.

Człowiek nabiera doświadczenia, rośnie liczba spotkań i wie jak reagować, jest większa odpowiedzialność w drużynie – a i jednocześnie większa pewność siebie. Wtedy bierze się na siebie większy ciężar, żeby pomóc drużynie. To przychodzi z wiekiem. Niemal każdy przechodzi przez te same etapy – gra mało, później coraz więcej, ma później swój „prime” koszykarski w wieku 29-32 lata, chociaż to się moim zdaniem przesuwa. Jeśli ma się swoje optimum fizyczne i mentalne, czuje się mocnym, aby wziąć wszystko w swoje ręce.

Mimo dobrego statystycznie sezonu, widzisz coś, nad czym powinieneś jeszcze popracować?

Stare przysłowie mówi, że jeśli ktoś się nie rozwija, to się cofa. Trzeba dążyć do tego, aby w każdym kolejnym dniu robić swoje, a tym bardziej po sezonie pracować nad formą i robić trening. Rozwój jest ważny. Świadomość jest teraz dużo większa niż kiedyś. Teraz, zawodnicy grają nawet do czterdziestki i dłużej, są w dobrej kondycji i sobie świetnie radzą. Mówiło się, że karierę kończy się mając około 35 lat.

Teraz widać, że to wszystko się zaciera. Przykład Cristiano Ronaldo pokazuje, że dyscyplina, trzymanie się w ryzach, trening i dieta dają efekt i można tę granicę przesuwać. Wiek 34 lat jest jeszcze relatywnie młody, jak na sportowca. Jeszcze dużo przede mną.

Wobec tego, stawiasz sobie jeszcze jakieś cele?

Stawiam sobie cele, aby w każdym meczu być zdrowym, żeby omijały mnie kontuzje. A mam jeszcze coś takiego, że w głowie po cichu liczę sobie mecze – chciałbym rozegrać 500 spotkań w PLK. To mój cel długofalowy. A co będzie potem? Zobaczymy. Krok po kroku, bo jeżeli jest zdrowie, można grać, trenować i rywalizować.

Krok po kroku, jak na najwyższy szczyt?

Oczywiście. Zawsze mnie pytają o kolejny mecz, z kim gramy za 3 tygodnie i tak dalej. Odpowiadam, że za 3 tygodnie to odległa perspektywa. Skupiam się dzień po dniu, przede wszystkim na treningu. Od zawsze uczono mnie, że trzeba zaczynać od fundamentów, krok po kroku. Trening po treningu, mecz po meczu, żeby nie wybiegać tak daleko w przyszłość. Cele długofalowe realizuje się poprzez małe kroki. Ważne, żeby iść do przodu, nawet powoli, jakkolwiek bo jeżeli nie możesz biec to idź, jak nie możesz iść, to się czołgaj.

To ten charakter chłopaka z Szombierek?

Otóż to!

Rozmawiała Pamela Wrona, @Pamela_Wrona

POLECANE

Od wielu lat listopad obchodzi się pod hasłem świadomości i profilaktyki występujących u mężczyzn chorób nowotworowych, przede wszystkim raka jąder i raka prostaty. To dobra okazja, by przypomnieć rozmowę z Robertem Skibniewskim i zapisać się na badania.

tagi

Zagłębie Sosnowiec to koszykarski ośrodek, który już w sezonie 2024/25 miał pojawić się na ekstraklasowej mapie Polski. O tym, jak miało do tego dojść opowiedział w połowie maja naszemu portalowi prezes Piotr Laube, choć z początkiem czerwca sytuacja uległa zmianie.
7 / 06 / 2024 22:34
14 zwycięstw i 14 przegranych to dotychczasowy bilans beniaminka Orlen Basket Ligi, który mając do rozegrania jeszcze dwa mecze, zajmuje ósme miejsce w tabeli. Dziki Warszawa swój debiutancki sezon w ekstraklasie sportowo już mogą zaliczyć do udanych. Ale nie tylko w tym aspekcie. – Nasz sufit jest tam, gdzie go sami powiesimy – przekonuje Michał Szolc, prezes i założyciel klubu.
12 / 04 / 2024 18:58
Obecnie media społecznościowe są nieodzownym elementem marketingu sportowego. Własną perspektywą pracy media managera w koszykarskich klubach podzielili się Katarzyna Pijarowska (Enea Astoria Abramczyk Bydgoszcz), Bartek Müller (Krajowa Grupa Spożywcza Arka Gdynia) oraz Karol Żebrowski (Trefl Sopot).
25 / 03 / 2024 22:15
– Mam argumenty, by zapijać emocje alkoholem. Kontuzje i urazy, zmiany klubów i miast, nowe otoczenie i nowi ludzie – to wszystko przecież buduje niestabilność. Po przegranym meczu moi koledzy z szatni analizują swoje błędy. Ja sięgam po alkohol. Uśmierzam emocje. Chyba nie chcę się z nimi spotkać. Nie wczytuję się w siebie, bo wolę tego uniknąć – wspomina były koszykarz Wiktor Grudziński. 15 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Trzeźwości. To nie tylko promowanie abstynencji. Jest to dzień, który służyć ma refleksji i ma na celu zwiększenie świadomości społecznej na temat powszechności uzależniania od tej substancji oraz zagrożeń zdrowotnych wynikających z jej nadużywania.
„Stałam w oknie, pomachałam mu, aż straciłam go z pola widzenia. Po chwili jednak zadzwoniłam, aby kupił bułki. Zawsze to robił. Tego dnia zapomniał. Gdy się rozłączyłam, napisał: „Przepraszam, kocham cię”. Wtedy nie wiedziałam, że już nigdy więcej się nie zobaczymy i tego dnia zostanę wdową.” – wspomina Angelina, żona zmarłego koszykarza Dawida Bręka. 23 lutego obchodzimy Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Jest to dzień, w którym przede wszystkim powinniśmy zwrócić uwagę na to, jak ważne jest dbanie o swoje zdrowie psychiczne i korzystanie ze specjalistycznej pomocy.
Jak od kuchni wygląda tworzenie tekstów lub przekazywanie cennych informacji? Co definiuje dobrego dziennikarza i czym tak naprawdę jest dziennikarstwo sportowe oraz jak to jest być po drugiej stronie? Być może w poniższym tekście znajdziesz odpowiedzi na niektóre pytania czytelnika.
6 / 06 / 2024 12:39
Jeden z najlepszych niskopunktowych graczy na świecie wraz z drużyną Hornets Le Cannet Côte d’Azur zdobywa prestiżowy Puchar Francji. To Polak, który także reprezentuje nasz kraj w koszykówce na wózkach.
30 / 01 / 2024 17:38